Autor Wątek: Przemyślenia noworoczne (nostalgiczne)  (Przeczytany 560 razy)

Offline DeltaFoto

  • Forumowicz
  • *
  • Wiadomości: 74
Przemyślenia noworoczne (nostalgiczne)
« dnia: 08 Sty, 2011, 23:35:05 »
Jako że zaczynamy Nowy Rok, to pomyślałem sobie nad starym i uważam, że to już nie to co kiedyś.
 Pamiętam jak za dzieciaka ganiało się po podwórku z piłką, pamiętam jak drzewo było jednym słupkiem, plecak drugim.
 A poprzeczki nie było, tylko kłótnie co chwilę w stylu:
- Był gol!
- Nieprawda, za wysoko!
- A właśnie, że był!
Teraz w moim rodzinnym miasteczku mamy 5 naprawdę profesjonalnych boisk do nogi.
 Ze sztuczną nawierzchnią i liniami boiska.
 Bramki są proste, mają poprzeczki.
 Ba! Mają nawet siatki, a wkoło boiska jest 5-metrowy płot, by po wybiciu wysoko piłki nie trzeba było po nią biegać.
 Nie trzeba już przeskakiwać przez płot sąsiada Zenka i uciekać przed psem by odzyskać piłkę.
 Kiedyś z kolegami dalibyśmy sobie palce, a nawet i ręce uciąć za jedno takie boisko.
 A teraz? Teraz w mieście jest ich 5.
 I co przejeżdżam koło któregoś z nich, praktycznie zawsze jest puste.
 WF w szkole to była lekcja, na którą wszyscy czekali.
 Ćwiczyło się na korytarzach i świetnie przy tym bawiło.
 A teraz? Dzisiaj połowa klasy ma zwolnienie z WF-u.
 Dzieciaki wolą siedzieć przed kompem niż pobiegać na dworze.
 Cały czas siedzą i wpieprzają cały ten fast-food, a potem zajmują dwa miejsca w autobusie.
 Nie powiem, że u mnie na brzuchu znajduje się 6-pak lub kaloryferek, ale nie mam także zwisającej dwudziestocentymetrowej tkanki tłuszczowej i idąc do kina zajmuję jedno miejsce, a nie dwa.
 Okulary? Teraz co 3 dziecko je nosi, bo od małego siedzi godzinami przed komputerem albo telewizorem, bo tak jest rodzicowi najłatwiej.
 "Mama posiedzi sobie w Internecie, a ty synku obejrzyj sobie bajkę".
 A po 6 godzinach rodzic sobie przypomni o dziecku, jak jest już pora na obiad.
 I oczywiście dzisiejsza Mama nie obierze 6 ziemniaków, nie rozklepie kotletów i nie zrobi domowego obiadku.
 Bo dzisiejsza Mama to lalunia z 3-cm tipsami i przyrządzenie zupki chińskiej przez nią graniczy z cudem.
 Lepiej zadzwonić do baru i zamówić hamburgera synkowi na obiad.
 Co z tego, że mięso w nim jest odgrzewane trzeci dzień z rzędu; co z tego, że pomidory i inne warzywa są rozmrażane po raz 5? Ważne, że Mama nic nie musi robić, bo ktoś zrobi "obiad" za nią.
 Nie powiem, lubiłem hamburgery i jedzenie z McDonalda.
 Ale nie 7 dni w tygodniu, 30 dni w miesiącu! Zupa, którą robiła mi Mama, albo robi mi Żona to zupa, która ma w sobie coś z nazwy - warzywna ma tyle warzyw, że po zjedzeniu jej z talerza nie jestem już głodny.
 Dzisiaj warzywna to woda o zapachu warzyw, po zjedzeniu której sikam litrami, a w żołądku mi burczy tak, że szyby w oknach się ruszają.
 Wracając jeszcze do samej telewizji i bajek.
 Pamiętam "Strażaka Sama", w którym tytułowy bohater ugasił pożar w kuchni i zawsze powiedział coś mądrego w stylu: "Nie zostawiaj włączonego gazu".
 Pamiętam "Muminki" i najstraszniejszą z tych złych Bukę, przez którą nie mogłem spać po nocach.
 Dzisiaj jakby puścić dzieciakowi "Muminki", toby zanudził się na śmierć, a widząc Bukę zacząłby tarzać się ze śmiechu.
 Bo teraz w bajkach są czary, lasery i potwory mające 8 rąk i 6 par oczu.
 Potwory, po których ja bałbym się zasnąć.
 A co ma powiedzieć kilkuletnie dziecko? Potem rodzice dziwią się, że nie może w nocy spać i moczy łóżko.
 Jakbym zobaczył w bajce takie monstrum to sam bym zmoczył łóżko w nocy.
 Bohaterami byli strażacy, policjanci, listonosze.
 Listonosz Pat, który ścigał się z czasem by doręczyć wszystkie listy był dla mnie super-hiper-bohaterem.
 Teraz idolem jest farbowany nastolatek, który gdyby nie imię, nie wiedziałbym jakiej jest płci.
 Kiedyś laski sikały za Piaskiem, za Schwarzeneggerem, teraz wzdychają do Biebera.
 AC/DC to był prawdziwy rock, a nie dzisiejsze Gwiazdeczki - faceci z makijażem, obcisłymi spodniami i różowymi trampkami.
 Hip-Hop uwielbiałem.
 Uwielbiałem 2Paca z tekstami o życiu, Eminema za spojrzenie na świat i "odważne" teledyski.
 O.S.T.R.a, którego jako nielicznego słucham do dziś, Pezeta i jego piosenki o trudach życia.
 "Skarby" Donia i Libera leciały przez prawie miesiąc praktycznie w kółko.
 Tekst tej piosenki i jej przesłanie jeszcze pamiętam.
 Dzisiaj HH to 50Cent śpiewający o laskach i seksie, Mezo z bezsensownymi tekstami i pseudorymami śpiewający tak naprawdę nie wiadomo o czym.
 Kiedyś HH to był styl życia, na koncertach wszyscy dobrze się bawili: i łysi, i kudłaci, i rudzi, i bruneci.
 Pamiętam jak cała publika wraz z Ostrym śpiewała tekst piosenki.
 Dzisiaj to magnetofon śpiewa za artystów, a polski HH to łysi goście z koszulkami JP.
 Teledysk Erica Prydza "Call On Me" był prawie jak pornos.
 Jak leciał na Vivie, to oglądałem go z wywieszonym językiem.
 Dzisiaj każdy klip ma prawie nagie dziewczyny, a nawet i nagie.
 Co do pornosów to pamiętam, jak ciężko było zobaczyć gołą Kobietę.
 Pamiętam proszenie starszych kolegów o kupno Playboya, który się chowało w poduszce.
 Pamiętam pornosy oglądane na kasecie VHS u kumpla w piwnicy.
 Pamiętam, że przynajmniej w podstawówce i gimnazjum Mama wiedziała o każdym moim sprawdzianie, o każdej opuszczonej godzinie.
 Teraz Mamy nie ma w domu.
 Dziecko wychowuje niania, bądź ewentualnie babcia.
 Rodzic nie wie co jego syn czy córka lubi, nawet do jakiej szkoły chodzi.
 Teraz młody zamknie się w swoim czarnym emo pokoiku, włączy swój emo komputer i w ciągu pięciu minut może zobaczyć więcej gołych dziewczyn niż ja widziałem w życiu.
 Nie musi nawet odrobiny się wysilić.
 Jak sprzątnąłem dom, umyłem auto, to Mama/Tata mnie pochwalili i kupili czekoladę.
 Jak wlałem ACE do muszli klozetowej i zalałem całą łazienkę, jak przelałem "Kreta" do udrażniania rur do butelki z szamponem do włosów, to dostałem pasem tak, że nie mogłem przez miesiąc usiąść.
 Dzisiaj jak dasz dziecku klapsa to zaraz ktoś zawiadomi Policję, Straż Miejską i Super Nianię przy okazji.
 Za 20 min przyjedzie TVN i zrobi reportaż o wyrodnym ojcu, który katuje swoje dziecko.
 No kurde! Byłem rozrabiaką, więc często czułem pas lub laczek na tyłku i jestem za to wdzięczny rodzicom, naprawdę.
 Mój kumpel obrywał przedłużaczem i jakoś żyje.
 Dostaliśmy klapsa i wiedzieliśmy, że zrobiliśmy źle.
 Dam sobie rękę uciąć, że więcej niż 3 razy tej samej rzeczy nie nabroiłem.
 Bo wiedziałem czym to się dla mnie skończy.
 Ale teraz nie.
 Żyjemy w czasach, gdzie karą jest posiedzenie na schodku przez 5 minut.
 O Boże! Nie! Tylko nie na każ mi siedzieć na schodku.
 Czuję się jak w jakiejś kiepskiej komedii.
 Ojciec był dla mnie autorytetem.
 Siłowałem się z nim na rękę, łowiłem ryby, grzebałem przy samochodzie.
 Dzisiejsi synowie rodziców traktują jak kumpli, jako nastolatkowie potrafią pobić rodzica, albo obydwóch, bo Tata to teraz coraz częściej chudy jak tyczka okularnik, który jedyne co podnosi to swojego laptopa.
 A syn to chłopak, dla którego najgorszą karą było siedzenie na schodku bądź na pluszaku - karnym jeżyku.
 Wiedziałem, że jakbym odpyskował bądź obraził Mamę, to po powrocie do domu Tata by mi przyłożył pasem.
 Nie robiłem tego, bo zdawałem sobie sprawę, że to złe.
 Jakbym wiedział, że za karę posiedzę sobie na schodku przez 5 minut i tyle, to robiłbym inaczej.
 Zresztą o jakich chłopakach my w ogóle rozmawiamy.
 W dzieciństwie każdy chłopak miał krótko obcięte włosy i chłopięce imię.
 Moje "Kasper" uważane było za niecodzienne.
 W swojej klasie miałem Sławków, Sebastianów, Adamów, Mariuszów itp.
 Syn to Aleksander - męskie, typowo królewskie, papieskie imię.
 Ale dzieci moich znajomych to: Wiktor, Kordian, Klemens, Cezar.
 Czym sobie na to zasłużyli? Musieli naprawdę mocno kopać mamę w ciąży, że od narodzin dostali od niej taką karę.
 Monika, Agnieszka, Justyna to imiona, o których powstawały piosenki i to hity, które zna mój Tata, znam też ja.
 Tylko czekać na piosenki o Viktoriach, Jessicach, Penelopach.
 Nawet nie wiem jak to skomentować.
 Pamiętam czasy, gdzie dres z rynku za kilka złotych z naszywką "adidas" uchodził za szpan.
 Pamiętam męskie jeansy - proste, symetryczne, jednokolorowe (czarne albo niebieskie) z czterema kieszeniami.
 I tyle.
 Takie spodnie miałem ja, mój Tata, cała męska część rodziny, sąsiad i wszyscy faceci z dzielnicy.
 Różnice były tylko w rozmiarze i kolorze.
 Ostatnio byłem na zakupach celem kupna właśnie męskich jeansów.
 Przyznaję, że dla mnie moda to coś jak dla kobiet hmm....  kolektor ssący w samochodzie.
 Innym słowem czarna magia.
 Tak więc zawsze podczas takich wypraw mam przy sobie Żonkę.
 Jakoś tak wyszło, że wtedy jednak musiałem pójść sam.
 Nie wiedziałem, że będzie tak źle.
 Gdybym miał odpowiednie narzędzia, wyłączyłbym poduszkę powietrzną w samochodzie i rozbił się gdzieś po drodze.
 Myślałem, że Pani Ekspedientka pomoże mi w wyborze.
 Tak naprawdę myślałem, że jej pomoc nie będzie potrzebna, bo rzucę monetą celem wybrania koloru jeansów.
 W końcu byłem przekonany, że męskie mają dwa - niebieski i czarny.
 Niestety, okazało się, że monet by mi nie starczyło.
 Zresztą jak usłyszałem od pani pytanie: "- Jaki model pan sobie życzy?" to wiedziałem, że nie skończy się to dobrze.
 Gdybym był w salonie samochodowym zrozumiałbym to pytanie, ale w sklepie odzieżowym? W całym swoim życiu nie wiedziałem co powiedzieć trzy razy.
 Pierwszy, gdy Mama znalazła wspomnianą przeze mnie gazetę z nagimi kobietami.
 Drugi, gdy miałem wytłumaczyć nauczycielce dlaczego umieściłem banana w rurze wydechowej jej auta i spuściłem powietrze z opon.
 Trzeci raz był właśnie w dzień zakupu jeansów.
 Po, jak to mówi Osioł ze "Shreka": "Zapadnięciu niezręcznej ciszy", utworzeniu się na mojej twarzy wyrazu szczerego zdziwienia, Pani Ekspedientka odpowiedziała.
 Pamiętam, że w tamtym momencie przeżyłem szok i zapamiętałem tylko to: "dzwony" i "rurki".
 Było jeszcze kilka innych "męskich modeli", których moja głowa nie potrafi ogarnąć.
 A jak zobaczyłem te niby "męskie jeansy" to dziwię się, że nie oślepłem.
 Kolorów więcej niż stereotypowy facet zna.
 Spodnie wytarte, które kiedyś byłyby uważane za zniszczone, teraz były hitem.
 Jakieś łatki w kształtach różniastych no i coś a la cekiny.
 Potem facet idzie przez miasto zapatrzony w "tył" kobiety noszącej wspomniane dzwony, a jak się z nią minie i zobaczy twarz, to nie może uwierzyć, że choć "tył" był ładny, to z przodu w majtkach znajduje się siusiak, a owa "dziewoja" nosi imię Wiktor.
 Zaczynam rozumieć gejów...
  Nie no, nie mogę dalej o tym pisać, bo skoczę z balkonu.
 Powiedzmy, że spodni nie kupiłem.
 W ogóle nie wierzę w to co widzę.
 Kiedyś facet marzenie to był ktoś taki jak Schwarzenegger albo Stallone.
 To był idol.
 Zarówno chłopców, dziewczynek jak i kobiet.
 Mam szczęście, że moja Żona to jeszcze z tych czasów pochodzi.
 Podoba się jej moje futerko na klatce piersiowej, nogach, rękach i kilku oczywistych, innych miejscach.
 Jestem facetem więc wyglądam jak facet, pachnę jak facet, a futerko mam po to, bo w zimie moim zadaniem jest ogrzać moją wybrankę, a mogę to zrobić właśnie dzięki własnemu futerku.
 Przyznaję, że nie jestem typem człowieka, którego interesuje zdanie innych, ale jak poszedłem w tym roku na plażę to naprawdę czułem te spojrzenia patrzące na mnie z obrzydzeniem.
 I to zarówno kobiet, jak i mężczyzn.
 Nawet usłyszałem: "Mógłby się chociaż ogolić jak się pokazuje w miejscu publicznym".
 Normalnie głupio mi było, gdzie wydawało mi się, że to reszta jest "dziwadłami".
 No i musiałem resztę dnia przeleżeć zakopany w piasku z wystającą jedynie głową, bo jak wszedłem do wody to zaraz wokół mnie robiło się dziwnie pusto, jakbym nasikał właśnie do wody i głośno się tym pochwalił.
 Nie potrafię zrozumieć jak symbolem seksu może być facet, który jest idealnie gładki, pachnie na kilometr, a kosmetyków ma tyle samo, jak nie więcej niż partnerka.
 Facet! Samo słowo "kosmetyk" brzmi przecież babsko.
 Kosmetyk dla mężczyzny to mydło i nic więcej.
 Koniec kropka.
 I tak szczytem szczytów są farbowani faceci.
 Boże, rozumiem, że nikt nie czyta ulotek, ale w dzisiejszych czasach sama etykieta mówi, dla kogo produkt jest skierowany.
 Patrząc na "Kinder Niespodziankę" to choć nie znamy niemieckiego to i tak wiemy, że "Jajko" przeznaczone jest dla dzieci.
 Widząc okładkę książki z rysunkiem całującej się pary, wiemy, że jest to romans.
 Albo widząc reklamę Bruce'a Willisa pijącego wódkę "Sobieski" wiemy, że jest to trunek dla mężczyzn.
 To czemu do cholery widząc farbę do włosów, na opakowaniu której widnieje uśmiechnięta, piękna kobieta, faceci myślą, że jest to produkt dla nich?! Zresztą nie zdziwię się jak zobaczę w sklepie za parę miesięcy męską farbę do włosów.
 Tak naprawdę po usłyszeniu o "męskich dzwonach i rurkach" nic mnie już nie zdziwi.
 Jako że niedawno były święta, to od razu napiszę coś o świętach właśnie.
 Pamiętam, jak mój wiek był liczbą jednocyfrową, to witryny sklepowe były świątecznie przystrojone.
 Pamiętam palące się lampki w nich, grające lub tańczące Mikołaje.
 Pamiętam również Gwiazdorów stojących na deptaku i rozdających dzieciakom takim jak ja cukierki.
 Pamiętam telefony w Wigilię od rodziny i znajomych i życzenia, które nigdy się nie powtórzały.
 I choć nie były rymowane i wierszowane to miały tę magię, której dzisiejsze już nie mają.
 A mój blok? Choć znajduje się w biedniejszej dzielnicy miasta, to każde okno co roku było oświetlone lub przystrojone.
 Jeżeli ktoś nie miał, to był to niesamowity wstyd dla właściciela.
 Jak teraz palę papierosa na balkonie i patrzę na blok naprzeciwko to ręce mi opadają.
 Widzę 15 mieszkalnych okien i uwaga - trzy z nich są przystrojone.
 Pamiętam jak otwierałem skrzynkę i wyciągałem z niej kilkanaście świątecznych kartek.
 Obecnie zamiast 10 SMS-ów z rymowanymi życzeniami z Internetu (oczywiście od każdej osoby te same, pierwsze z góry rymowane życzenia) i 100 zasranych "Nawzajem" wolałbym dostać jedną tradycyjną kartkę świąteczną, którą listonosz przyniesie. W Nowym Roku oczywiście.
 Dzisiaj każdy idzie na łatwiznę.
 O ile dwa lata temu w odpowiedzi na wysłane przez siebie życzenia dostawałem w odpowiedzi skopiowany z Internetu wierszyk, oczywiście taki sam przez wszystkich, to już rok temu większość odpowiedzi była w stylu: "dziękuję, nawzajem".
 A w tym roku to już nawet tych dwóch słów większość nie napisała.
 Rozumiem, że człowiek z natury jest leniwy, ale myślałem, że szczytem lenistwa był okres, w którym baterie od pilota się rozładowały i zamiast wstawać i przełączać programy guzikami na telewizorze, to wciskałem je takim długim drewnianym kijem, który sięgał do telewizora z fotela.
 Ale wracając do świąt.
 Za dzieciaka prezenty czekały pod choinką, albo Gwiazdor je przynosił.
 Na stole było zawsze 12 potraw i nie mogło być inaczej.
 Pod obrusem sianko i obowiązkowo dodatkowe krzesło, którego i tak nikt nie zajął, ale było i koniec.
 Trzeba było chociaż spróbować każdej potrawy i nie było wyjątku.
 Nie lubiłeś ryby po grecku? Trudno, ale musiałeś zjeść chociaż kawałeczek.
 Potem dzielenie się opłatkiem i znów życzenia od serca.
 Dla każdego członka rodziny inne.
 Po tym wszystkim były dopiero prezenty, często jeden, góra dwa na osobę.
 Dzisiaj jest inaczej.
 Współczuję dzisiejszej młodzieży, naprawdę.
 Ja mam to szczęście, że pamiętam tamte czasy i zamierzam je kontynuować w swojej rodzinie.
 I dla mojego synka Wigilia będzie dniem wyjątkowym.
 Dniem, kiedy czas będzie płynął wolniej, kiedy to pierwsza Gwiazdka będzie wyznacznikiem rozpoczęcia kolacji, a nie rodzina z TVN-owskiego serialu.
 I dzięki temu Wigilia będzie dla Aleksa po urodzinach najbardziej wyczekiwanym dniem w roku.
 A pozostali? Pozostali spędzą ją przed komputerem lub telewizorem.
 Może prezenty znajdą pod choinką, może choinki wcale nie będzie, bo po co stroić drzewko, jak za kilka tygodni będziemy je znów rozbierać.
 Tego, że prezenty będą jestem pewien - koncerny sobie nie odpuszczą takiego zwiększonego okresu zysków.
 Tylko, że nie będą już zapakowane, bo po co pakować, jak i tak liczy się zawartość, nie będą pachniały igłami, nie będą niespodzianką.
 Będą rzeczą drogą materialnie i tyle.
 Jak byłem dzieckiem nie wierzyłem w słowa Taty: "To nie prezent jest w Wigilię najważniejszy".
 Oczywiście kilkanaście lat temu nie rozumiałem tego.
 Byłem pewien, że nigdy nie zrozumiem.
 A jednak w tym roku zrozumiałem.
 Przygotowując Wigilię "dla siebie" po raz pierwszy.
 Wszystko udało się wręcz idealnie.
 Zaczynając od przystrojonego okna na początek Adwentu (a nie jak to się ludziom wydaje 2 listopada) poprzez tradycyjną kolację Wigilijną i - nie spodziewałem się, że to kiedyś napiszę szczerze - podarowaniu prezentów, kończąc na żywej, pachnącej, kolorowej choince.
 Najtrudniej było mi znaleźć czekoladowego Gwiazdora.
 W mieście jest co najmniej 100 sklepów spożywczych.
 A w 99% z nich znajdują się tylko czekoladopodobne Mikołaje.
 I znowu - ja i tak mam hmm... "lepiej".
 Dlaczego? Bo znam smak prawdziwego czekoladowego Gwiazdora.
 A dzisiejsza młodzież? Nawet jeżeli babcia wciśnie gdzieś między najnowszą grę i film na DVD figurkę świętego, nawet jeżeli młody ją zauważy i będzie chciał zjeść, to na pewno nie poczuje smaku czekolady.
 Ugryzie kawałek, resztę odłoży i resztę dnia i nocy spędzi przy konsoli.
 A u mnie? Zaczyna się Nowy Rok, a prezenty jeszcze stoją pod choinką, na której co prawda niewiele igieł już zostało, ale wciąż czuć ten charakterystyczny zapach.
 I jak za dwa tygodnie będę golił się maszynką od Mamy, to będę czuł właśnie zapach choinki.
 Pewnie nawet za pół roku uda mi się znaleźć jedną z jej igieł, której nie wciągnął odkurzacz.
 Nie wiem, czy rozumiesz o czym mówię, ale jestem pewien, że mój synek za kilkanaście lat na pewno będzie rozumiał i czuł to samo co ja.
 Temat świąt można powiedzieć, że omówiony.
 Teraz czas na zimę.
 Jaka zima w ostatnich latach jest każdy widzi.
 Oczywiście wiele osób by odpowiedziało, że jest sroga, mroźna, okropna itp.
 Ja bym jednak odpowiedział - normalna.
 Przez kilka lat przyzwyczailiśmy się, że Polska zima jest łagodna, bezśnieżna, a sanki zaczynają być jakimś tajemniczym pojazdem.
 Od dwóch lat sytuacja wróciła do normy, a dla wielu jest to "masakra".
 Nie jestem stary, ale pamiętam czasy, gdzie zima była najfajniejszą porą roku.
 Pamiętam jak to ciągnęło się sanki za sobą w ortalionowych spodniach, pod którymi były dwie pary kalesonów; butach, które były wielkie, ale i ciepłe, babcinych wełnianych skarpetach nałożonych na spodnie, kurtce firmy "No Name", którą można było wybrudzić i zniszczyć, szalikiem koniecznie z nazwą drużyny piłkarskiej i charakterystycznej czapce z pomponem.
 Pamiętam jak wychodziłem o godzinie 9, a wracałem o 17.
 Pamiętam, że choć często wracałem do domu poobijany, zmarznięty i wykończony, to zawsze byłem szczęśliwy.
 Po zjedzeniu kolacji spałem do rana i powtarzałem to wszystko następnego dnia.
 I tak przez całe 2 tygodnie ferii.
 I przysięgam, że zjeżdżanie na sankach sprawiało mi więcej radości niż gra na konsoli.
 Wtedy na "górce koło domu" było tyle dzieci, że nie umiałem do tylu liczyć.
 Aby zjechać, trzeba było czekać w kolejce.
 Gdy po kilku godzinach sanki się znudziły, wymieniałem się z osobą obok na tak zwane "jabłuszko".
 To nic, że nie znałem tego chłopaka, z którym się zamieniłem.
 Wiedziałem, że za chwilę dostanę z powrotem swoje sanki, a on "jabłuszko".
 Ci, którzy nie mieli ani sanek, ani innego zimowego sprzętu do zjazdu, bawili się z innymi dzieciakami, pewnie także nieznajomymi.
 Zjeżdżali parami na jednych sankach, na butach, brzuchu, czymkolwiek.
 Potem przynosiliśmy ze sobą siatki i to były nasze sanki.
 A na to, co dzieje się dzisiaj, to naprawdę szkoda słów.
 Jak byłem na spacerze i mijałem wcześniej opisywane górki widziałem tylko jedno - nieubity, nierozjeżdżony śnieg.
 Ani jednego dziecka, naprawdę.
 Rozumiem, że jest niż demograficzny i czasy rodzin wielodzietnych się skończyły, ale żeby nie było ani jednej osoby? Wiem, że teraz dzieciaki siedzą przed komputerem albo konsolą.
 Ja sam nie jestem dziadkiem i jestem facetem, który pamięta zarówno czasy Commodore, jak i PC.
 Komputer jaki jest znany dzisiaj mam od najmłodszych lat, konsolę też miałem.
 Lubiłem grać.
 Ba! Uwielbiałem grać.
 Ale i tak większość czasu spędzałem na dworze.
 Czy to grając w piłkę, czy też jeżdżąc na sankach.
 Żałuję tylko, że jak wygrzebałem swoje sanki z piwnicy, to okazały się za małe.
 Chociaż może to i dobrze, bo ludzie jakby zobaczyli mnie zjeżdżającego na nich wzięliby mnie za jakiegoś wariata.
 Tak na przykład było jak lepiłem w tym roku bałwana.
 Widziałem sąsiadów w oknie kiwających głową.
 Wiem, zamiast znów poczuć się jak dziecko, cieszyć się z takich "głupich" rzeczy, to lepiej siedzieć w domu cały dzień oglądając kolejny, czterocyfrowy już odcinek serialu.
 A potem ludzie stają się sobie obcy.
 W dziecięcych latach znałem wszystkich lokatorów ze swojej klatki, z pozostałych również kilku znałem.
 Chodziłem po cukier, mąkę, jajka - praktycznie jak w tych amerykańskich filmach.
 Gdy sąsiadka piekła ciasto - zawsze przyniosła kawałek.
 Gdy sąsiadowi zepsuło się auto - mój Tata zaholował je do mechanika.
 Gdy dziecko wracało ze szkoły i nikogo nie było w domu, a zapomniało kluczy, to zostawało u obojętnie jakiego sąsiada do powrotu rodzica.
 I tam dostało obiad, picie i miejsce, gdzie mogło odrobić lekcje.
 I to nie było coś niezwykłego, tylko coś normalnego.
 Aktualnie mieszkam również w bloku.
 Kilka klatek, kilka pięter, pewnie ponad setka mieszkańców i piszę całkiem szczerze - znam imię może 3, kilku z widzenia, do których mówię "sąsiad".
 Jak skończy się cukier idę do sklepu, nie do drzwi obok.
 Na parkingu ktoś odśnieża swoje auto i nie wysypuje tego śniegu gdzieś na kupkę, tylko zrzuca go pod auto obok.
 Jak się raz zakopałem i nie miałem łopaty, to widziałem tylko śmiejących się sąsiadów w oknie.
 Przechodziło troje nastolatków i poprosiłem, by mnie popchnęli, to zaczęli się głośno śmiać i poszli dalej.
 Gdzie się podziała ta ludzka życzliwość? Czy to tak ciężko pomóc drugiemu człowiekowi za "dziękuję"? Czy tylko ja lepiej się czuję robiąc dobry uczynek? Czy tylko dla mnie usłyszenie "dziękuję" i zobaczeniu uśmiechu wdzięczności na twarzy coś znaczy? Minęło 20 lat, a tyle się pozmieniało, ludzie się pozmieniali.
 Szkoda tylko, że na gorsze.
 Rozumiem, że technika idzie do przodu i ponosi to za sobą różne konsekwencje.
 Ale jeżeli wszystko ma dalej iść w takim kierunku, to ja wolę chodzić w fioletowych świecących dresach, w lato nosić spodenki przed kolana, Synkowi jako dobranockę puścić "Muminki" i zasnąć przy tak naprawdę nie tak dawnych hitach.
 W telewizji zobaczyć pana Drozdę w programie "Śmiechu Warte", do śniadania wypić "starego" Tymbarka, który jak piłem to czułem, że piję sok jabłkowy.
 Na kolację zjeść chleb z kaszanką, w której przynajmniej wiem co jest.
 A nie, że kupię na jakąś rocznicę pasztet z dzika i czytam w składzie: "Zawartość dzika 0,01%".
 A potem ludzie chodzą i mówią, że jedli dziczyznę, a jak przypadkiem posmakują prawdziwej dziczyzny, to nie uwierzą.
 W dzisiejszych czasach pracownik nie jest szanowany, szefowie mówią wprost:"Ja na twoje miejsce mam 10." Gdzie się podziały czasy, kiedy pan Mietek był znanym i cenionym malarzem i polecało go pół miasta? Gdzie czasy, gdzie w firmie malarskiej taki pan Mietek byłby "kimś"?
Pamiętam aparaty na klisze. Jedna klisza robiła bodajże 30 zdjęć i kosztowała koło 20 zł. Nie było podglądu na żywo jak to teraz jest w cyfrówkach. I dlatego człowiek się 10 razy zastanowił zanim pstryknął fotkę. Dzięki temu nie było zdjęć w lustrach, w bieliźnie, a na święta w bombkach. Każde zdjęcie musiało być wyjątkowe. Bo zaraz ktoś mi krzyknie, że teraz jest taniej i lepiej? Taniej może tak, lepiej? W życiu nie. Moja babcia ma wielki album ze zdjęciami. Są tam setki fotek. I czarno-białych, i kolorowych. Mama moja podobnie. Ja też mam mały albumik - przyznaję. A kto jeszcze z młodych ludzi ma taki album? Podejrzewam, że część nawet nie wie co to jest. Ludzie często mają zdjęcia na dysku komputera. Co jeśli dostanie się wirus, cokolwiek? Stracimy je na zawsze. A fotka to taka rzecz, która jest wyjątkowa. Nie zrobisz drugiej takiej samej. Wiem, wiem, zaraz ktoś powie, że pożar w domu też się może zdarzyć i album spłonie.
Tak, tylko w razie pożaru bierzesz szybko najważniejsze rzeczy. W moim przypadku byłaby to Żona, Synek i album właśnie. Zresztą nawet na przykładzie mojej babci - swój album posiada spokojnie z 50 lat. Okej, część zdjęć pożółkła, część wyblakła, ale to świadczy o wieku tych zdjęć. A nastolatek ile ma zdjęć na komputerze? Pewnie 10 razy więcej niż moja babcia. Tylko, że ona ma od 50 lat te same, a nastolatek w ciągu kilkunastu lat już parę razy część wykasował, część stracił przez np. wirusa i nigdy ich nie odzyska.
Zrobi nowe, tysiące nowych - okej, ale tamte już przepadły na zawsze.
 Pamiętam, że swoją Żonę poznałem w restauracji, była kelnerką.
 Przypadkowo zawitałem do lokalu na obiad i zostałem stałym gościem.
 Tak naprawdę to nigdy nie powinienem tam trafić, ponieważ owa Restauracja była w innym mieście niż mieszkałem.
 Ktoś tak chciał, że zamiast pójść do jednej z pizzerii w mieście, w którym mieszkałem, bądź baru, restauracji, KFC itp. trafiłem akurat do tej oddalonej o 20 km restauracji, również jednej z wielu w tym mieście.
 Żeby było śmieszniej, to z pracujących dwóch tam kelnerek zawsze trafiałem na przyszłą Żonę.
 Oczywiście na pytanie: "- Co pani poleca?" odpowiedzią było zawsze danie z końca karty, czyli po prostu najdroższe.
 Ale przynajmniej jestem jedną z tych osób, które mogą powiedzieć, że zdanie: "Przez żołądek do serca" jest prawdziwe.
 Historia praktycznie jak z książki, bądź z jakiegoś filmu, prawda? A jednak to jest prawdziwa, moja historia.
 I to jest właśnie fajne - za 10 lat, będę miał co odpowiedzieć Synowi jak zapyta jak się z Mamą poznaliśmy.
 A co odpowie 98% moich znajomych? Podejrzewam, że coś w stylu:
- Poznaliśmy się na dyskotece
- Poznaliśmy się w Internecie na czacie
- Poznaliśmy się na domówce koleżanki
Łaaaaał, normalnie historia niesamowita i jedyna w swoim rodzaju.
 Ja w to nie wierzyłem, dopóki sam się nie przekonałem, że Syn jest podobny do Taty.
 Cały czas się łapię na zachowaniu podobnym do mojego Taty, którego nie chciałem powtarzać.
 I tak dobrze, jak widzisz swoje wady i starasz się nad nimi pracować.
 Do czego zmierzam? Jak się poczuje dziecko, które się dowie, że Mama i Tata znają się z czatu? A jak się poczuje mój Syn, jak usłyszy moją historię? Ja wiem jak - wyjątkowo.
 I sam będzie szukał dziewczyny w podobny sposób.
 A jak usłyszy, że nie wiesz kto jest tatą? Nawet nie wiesz (ja też nie) jak się wtedy poczuje.
 Ale wiem, że to na pewno nie będzie miłe uczucie.
 Zawsze uważałem, że trzeba pamiętać, że swoje decyzje nie mają wpływu tylko na nas, lecz także na innych.
 I w życiu nas spotka powiedzmy 1000 decyzji.
 Z tego 997 będą wyborami mało ważnymi, ale od odpowiedzi na te trzy ważne zależy reszta naszego życia, której już nie cofniemy.
 Ja nie znam wielu przypadków rozwodów wśród starszej rodziny.
 A teraz? Może też nie ma tyle rozwodów, bo nie ma ślubów, ale przypadków samotnych matek jest od groma.
 A zdrad? Więcej niż mam włosów na głowie.
 A dlaczego tak jest? Mi się wydaje, że powód jest prosty.
 Załóżmy, że żyjemy w latach 70.
 Miejscowości są mniejsze niż teraz i zazwyczaj znajdujesz wybrankę ze swojej małej miejscowości.
 Spotkałeś swoją wybrankę, teraz trzeba ją zaprosić.
 Jako że są to lata 70., to musisz porozmawiać i poderwać kobietę.
 A to możesz zrobić tylko osobiście i tylko rozmową.
 Udało się i chcesz się umówić na następną randkę.
 Ha! I to też nie jest takie łatwe.
 Umawiasz się na konkretny dzień i godzinę od razu.
 Jak auto nie odpali, nie powiadomisz drugiej osoby.
 Więc po prostu musisz być i koniec.
 Po kilku(nastu) takich randkach powiedzmy, że bierzecie ślub i Happy End.
 Jest jeszcze jedna sprawa - zdrady w tamtych czasach.
 Zdradzić było trudno.
 Po pierwsze trzeba było znaleźć w tym miasteczku drugą kobietę, która nie zna twojej przyszłej żony i jest skłonna zdradzić.
 Potem trzeba się umówić tak, żeby nikt was nie zobaczył.
 Pracochłonne, prawda? A wróćmy do minionego roku.
 Szukam dziewczyny.
 Oczywiście nie wychodzę na dwór, tylko wchodzę na czata.
 Nie rozmawiam w 4 oczy, a pisać jest łatwiej.
 Poza tym mogę być kim chcę - brunetem, blondynem, obojętnie.
 Jak dostaniesz jej zdjęcie to wtedy zadecydujesz, czy się przedstawisz prawdziwie, czy nie.
 Oczywiście w razie czego spotkanie też wchodzi w grę.
 No i numery telefonu, mail, gg i 5 innych rzeczy.
 Czyli powiedzmy, że od zaczęcia rozmowy, do uzyskania wszystkiego mogło minąć od 20 min do 4h.
 Mało w porównaniu do poprzedniej epoki, prawda? Na spotkanie można się umówić w każdej chwili i w każdej chwili zmienić.
 A zdrada? Nic trudnego.
 Wchodzę na chata pod zmienionym nickiem, zmieniam imię, przedstawiam się jako wolny i umawiam się.
 Wybieram kogoś z sąsiedniego miasta i po problemie.
 Ponadto mam przyciemniane szyby w aucie, więc i tak nikt mnie nie pozna.
 Już chyba jasne o co mi chodziło - dzisiaj jest za łatwo! Wystarczy SMS, telefon, mail, by zdradzić.
 Zresztą wystarczy zapytać dziadków, rodziców, każdy z nich opowie swoją wyjątkową historię miłosną.
 Ja na szczęście także, bo nie wyobrażam sobie okłamać swoje dziecko, bądź powiedzieć, że poznaliśmy się na chacie.
 I samochody.
 Mój pierwszy samochód był starszy ode mnie, wyprodukowano go w 1986 roku, a wiem, że jeździ do dzisiaj.
 Może nie ma klimatyzacji, 10 głośników z tubą, podgrzewanych foteli itp, ale za to jest autem bezawaryjnym.
 Większość napraw może wykonać nawet taki lalusiowaty dzisiejszy tata, o ile oczywiście zdecyduje się chwycić w rękę śrubokręt.
 To jest fakt - to auto przejechało 24 lata i jestem pewien, że przejedzie kilka następnych.
 Mercedes 190 - samochód, który bez problemu zrobi milion kilometrów! A dzisiaj? Aerodynamiczne, napakowane elektroniką auta bez duszy, w których co chwilę coś ulega awarii.
 OK, fajnie, mam w aucie nawigację, podgrzewane fotele, 27 innych rzeczy w tym i ekspres do kawy, ale jest pytanie - no i co? Jak będziesz rozmrażał kable w zimie, ja będę już w drodze do pracy swoim autem.
 Poza tym czy większą uwagę zwróci Passat B5, który jest drogi, ale jeździ nim pełno osób, czy taka Toyota Supra z 91 roku? Głupią żarówkę sam wymienię w starym aucie.
 A w nowych? Żeby wymienić żarówkę trzeba rozebrać pół przodu.
 Poza tym każdy automaniak powie, że kiedyś auta miały być bezawaryjne.
 Teraz producenci uświadomili sobie, że takich samochodów produkować się po prostu nie opłaca.
 Po co ktoś ma jeździć autem, które będzie bezawaryjne przez 10 lat? Lepiej wyprodukować takie, w którym po 3 latach coś strzeli i wtedy człowiek będzie zmuszony do wymiany samochodu.
 Taka jest logika koncernów niestety.
 A że u nas są takie hipermarkety, jakie są, to działa tylko na niekorzyść Polski.
 100% Polska nie jest żadna duża sieć hipermarketów.
 Auchan - francuski, Real - niemiecki, Leclerc - francuski, Intermarche - francuski, Kaufland - niemiecki, Netto - niemieckie, Biedronka - nie pamiętam, na pewno nie Polska, PoloMarket - bodajże portugalski.
 I gdzie tu logika? Gdzie polski biznes? Zresztą Polacy zawsze byli inni.
 Taką mentalność mamy we krwi chyba.
 Przykładowo – pan Mietek jechał samochodem i uderzył w drzewo.
 Połamał zderzak, pogiął maskę i zbił reflektor.
 No i co zrobi? Mógłby zajechać do normalnego warsztatu, zapłacić 200 zł za zderzak, 300 za nowy reflektor i 100 za wyklepanie maski.
 Wtedy Pan Mechanik wypisze paragon, zarobi sklep z częściami, mechanik i... no właśnie, tak naprawdę zarabia ktoś jeszcze - państwo.
 Obowiązujący VAT idzie do państwa.
 Może z tej jednej naprawy to nie majątek, tylko przypadków pana Mietka są tysiące.
 I gdyby wszyscy robili tak jak napisałem, wszyscy byliby zadowoleni, bo pan Mietek ma dobrze zrobione auto i roczną gwarancję, Pan Mechanik zarobił, więc ma pieniądze na modernizację warsztatu i ogólnie dla siebie, oraz państwo - zarobiło „kilka złotych”, gdzie przy ilości takich przypadków mamy kwoty miliardowe, które można przeznaczyć na wiele rzeczy.
 Tylko jest jedno "ale".
 Mianowicie, praktycznie żaden Polak nie zrobi jak pan Mietek.
 Polak pojedzie do znajomego Henia, który ma farmę i w stodole pseudo warsztat.
 Henio wyklepie maskę jakoś, poklei zderzak jak potrafi, a lampę weźmie skądś tam, oczywiście bez paragonu.
 Polak da panu Heniowi za to 2l wódki.
 I tak: Polak jest zadowolony, bo za naprawę zapłacił 80, nie 600zł.
 Nieważne, że to jest źle zrobione, ważne, że tanio.
 Pan Henio jest szczęśliwy, bo ma co pić.
 Tylko, że państwo nie dostało pieniędzy z VAT-u.
 A tak postępujących Polaków są miliony - w każdej dziedzinie życia.
 Tak więc lubimy narzekać na wszystko, ale nie potrafimy zrozumieć, że to także nasza wina.
 Sam lubię narzekać, ale jeśli mam powód.
 Jeśli śnieg pada do godziny 23, to jeśli wstanę rano do pracy i drogi nie będą odśnieżone – ponarzekam.
 Lecz jeśli pada przez całą noc, to potrafię zrozumieć, że niemożliwością jest mieć „czarne” drogi.
 Dlatego proszę – myślmy przy wszystkim, nawet narzekaniu.
 Nie jestem żadnym profesorem czy magistrem.
 Chciałem tylko na początek Nowego Roku napisać o wszystkim co mnie "boli".
 Ja jestem zwykłym młodym facetem, który po prostu urodził się 30 lat za późno.
 I wartości, którymi ja się kieruję, teraz już nic nie znaczą.
 A ja się czuję jak człowiek, który spędził 40 lat w więzieniu i po wyjściu na wolność nie poznaje tego świata.
 Tak sobie myślę, że może Majowie mieli rację i koniec świata będzie w 2012 roku.
 Tylko nie taki jak myślimy.
 Nie będzie apokalipsy, nie będzie trzęsień ziemi, huraganów i innych kataklizmów.
 Będą ludzie nie znający siebie nawzajem, większość czasu będą spędzać w domu, a wychodzić raz w tygodniu do hipermarketu po zakupy.
 Słowa takie jak: "dziękuję", "proszę" itp.  trafią do księgi słów, które wyszły z użycia.
 Przybędzie za to słów typu: "chcę", "muszę", "zrób".
 Czemu napisałem ten tekst? Z prostej przyczyny - bo się boję.
 Nie jestem już sam.
 Mam żonę, no i synka, który lada moment zacznie chodzić, mówić, uczęszczać do szkoły, randkować itp.
 A nie wiem jakie będzie miał dzieciństwo.
 Gdybym wiedział, że będzie miał takie jak moje, to spałbym spokojnie.
 Ale nie jestem głupi i choć nie noszę okularów, dostrzegam jak świat się zmienił.
 A co za tym idzie dzieciństwo także.
 Te 15 lat temu szczytem luksusu były kredki świecowe w podstawówce.
 Plecaki, piórniki, kredki - każdy miał takie, jakie miał.
 I nie pamiętam jakiegoś wyśmiewania się.
 A wiem, że teraz dzieciaki są strasznie złośliwe.
 Potrafią się śmiać o to, że jeden ma piórnik Bena Tena, a drugi nie.
 Że jeden ma plecak z Transformersami, a drugi jednokolorowy.
 Dla nas dorosłych to się wydaje śmieszne, ale dla takiego sześciolatka to jest problem na wagę życia.
 I co w takich sytuacjach zrobić? Lepiej, żeby był taki jak ja 15 lat temu i był postrzegany jako dziwoląg? Czy lepiej, żeby miał ten markowy plecak? A co jak mnie nie będzie stać? Teraz standardem są komputery i Internet.
 Taki standard jestem mu w stanie załatwić.
 Ale kto wie co będzie za 10, czy 15 lat? Sam pamiętam zadania domowe, kiedy Internet był już praktycznie u wszystkich.
 To były zadania różne.
 A wiadomo, że najłatwiej jest wystukać w "Guglach" datę, czy nazwę bitwy.
 5 minut roboty i po sprawie.
 Tylko co ma zrobić taka osoba, która akurat nie ma Internetu? Fajnie się mówi, że są encyklopedie, słowniki, książki.
 Trzeba patrzeć realnie.
 Taka osoba może i zadanie zrobi, ale zajmie jej to 10 razy więcej czasu.
 A nie daj Boże, by rówieśnicy z klasy się dowiedzieli, że XYZ nie ma neta.
 U nas jest takie głupie gadanie, że edukacja w Polsce jest bezpłatna.
 Nie wiem, czy ktoś w to uwierzy.
 Ja piszę uczciwie, że nie studiuję, a pracuję.
 Maturę zdałem z takim wynikiem, że na interesujący mnie kierunek dostałbym się na "dzienne" bez większego problemu.
 Ale wybrałem pracę.
 Po prostu miałem inne priorytety.
 Najważniejsze jest to, że to była właśnie jedna z tych ważnych decyzji, której nie żałuję.
 Ale załóżmy, że chciałbym pójść na studia na Informatykę.
 Nie pochodzę z rodziny biednej, ale jakoś szczególnie zamożnej również nie.
 Jeżeli bym studiował, mieszkałbym z rodzicami.
 Oni mieszkają na wsi.
 Musiałbym jakoś dojeżdżać na uczelnię (2 autobusy i pociąg) lub wynająć akademik.
 Ale na razie to zostawmy.
 Mam znajomych na tym kierunku i opowiadali mi, że tam każdy ma laptopa.
 Po prostu prowadzący prowadzi zajęcia zakładając, że tak właśnie jest.
 Okej, teraz netbooki są w granicach 1000 zł, ale nie oszukujmy się - taka moc obliczeniowa jaką on posiada jest za mała.
 Kupując dobry, używany nawet sprzęt te 1300 zł minimum trzeba liczyć.
 Ale okej, to jest wydatek jednorazowy.
 Koledzy mi mówią, że to już nie jest gimnazjum, tutaj nikt nie używa kalkulatora ze "sklepu za 5 zł".
 Ich kalkulatory robią takie rzeczy, o których bym nie pomyślał.
 Coś takiego jak cyrkiel, jakieś mierniki, itp. też na studiach "z kiosku" nie wystarczą.
 Nie mówiąc już o podręcznikach.
 Oczywiście nikt nie każe kupować laptopa, super kalkulatora, ale przyznajmy uczciwie - bez niektórych narzędzi, choćby nie wiem co, zawsze będziesz w tyle.
 Jeszcze sprawa, że jak się wybiera taki kierunek, to pewne rzeczy powinno się mieć.
 Gówno prawda.
 Czy jeżeli interesuję się lotnictwem muszę mieć samolot, albo być pilotem? I po co takie bajki w stylu: "Możesz być kim zechcesz".
 Dajmy spokój, nie żyjemy w krainie czarów - takie są realia i tyle.
 Średnio zamożna rodzina w życiu nie będzie w stanie opłacić takich studiów.
 Zaraz ktoś jeszcze stwierdzi, że są stypendia.
 Tak, są, 300 zł miesięcznie dla 2 najlepszych studentów.
 Super! Tylko wybitnych osób jest 1 na milion.
 A taki chłop z wioski, który może nie jest osobą wybitną, ale zdolną, mająca zapał i chęci nic nie da rady zrobić.
 Jak to się kiedyś mówiło: "Life is brutal".
 Tak jak wspomniałem to była moja decyzja, by na studia nie iść, tylko do pracy.
 Tak jak pisałem, ani trochę jej nie żałuję.
 Chodzi mi tylko o to, że mój synek nie będzie w 100% taki jak ja.
 Może nie będzie nawet w 5%.
 I wiem, że jeszcze kilkanaście lat minie, ale boję się, że nie dam rady, po prostu nie dam rady wspierać jego wyborów.
 Jeżeli dojdzie do takiej sytuacji, to nie wiem co zrobię.
 Ulubione powiedzenie wszystkich rodziców: "kiedyś były inne czasy" mogę sam powiedzieć, nawet z racji młodego wieku.
 Uczciwie przyznaję, że kiedyś były inne czasy - tyle, że lepsze.
 Kiedyś jakie czekały na mnie "niebezpieczeństwa" dorastania? Złamane serce? Spadający Lód? W najgorszym wypadku wróciłem pijany do domu? Powiedzmy.
 A teraz nawet boję się myśleć.
 Co ja zrobię jeżeli będzie chciał nosić kolczyki? Jak będzie się ubierał jak niektórzy faceci dzisiaj? Ogólnie, żeby była jasność - nie mam nic do subkultur, naprawdę.
 Sam byłem przecież HH-owcem.
 Ale wszystko ma swoje granice, prawda? Malowanie się, ubieranie jak dziewczyny, to tylko kilka z takich rzeczy przekraczających granice (moim zdaniem).
 Jeżeli sam miałbym z tym styczność, to wiedziałbym co powiedzieć.
 Ale nie miałem.
 Na szczęście mam cały 2011 i parę następnych jeszcze lat by coś wymyślić.
 W ogóle cieszę się, że zostałem ojcem i z chęcią sprawdzę się w roli Taty.
 Z jakim skutkiem mi wyjdzie okaże się za kilkanaście lat dopiero.
 Wiem, że mam łatwiej niż inni - ze względu na swój młody wiek pamiętam jak to jest być dzieckiem i nastolatkiem.
 Pamiętam czego oczekiwałem od swojego Taty.
 Pamiętam co mnie bolało, denerwowało, co chciałbym zrobić inaczej, co tak samo jak on.
 Mam tylko nadzieję, że zawsze będę o tym pamiętał i uda mi się być dobrym tatą; że kiedyś od syna usłyszę, co chyba każdy rodzic chciałby usłyszeć: "Chciałbym być taki jak ty".
 Chociaż z drugiej strony podejrzewam, że każdy tato ma swój plan.
 Przecież żaden rodzić nie planuje, że będzie alkoholikiem, albo że będzie bił swoje dziecko.
 Każdy chce i myśli że będzie dobrym tatą, a wychodzi różnie.
 Nie wiem dlaczego, ale jako optymista mam nadzieję, że mi wyjdzie lepiej.
 Wystarczy już tych literek.
 Nie spodziewałem się, że dam radę o tylu rzeczach napisać, a co najważniejsze, że mi tak ulży.
 Ten tekst nie jest pisany do nikogo konkretnego.
 Nie jest pisany, by kogoś obrazić.
 Ani tym bardziej w celu przekonania do swojej opinii.
 Przecież każdy ma prawo do własnego zdania.
 Rozumiem, że może być inne niż moje.
 I nie jest to powód by się obrażać.
 Ostatni raz obraziłem się na swoją Mamę jak miałem 6 lat, bo kupiła cukierki mojemu bratu, a mi już nie.
 Wypadałoby teraz napisać jakieś błyskotliwe zakończenie, które podsumuje cały tekst.
 Ale nie zawsze trzeba robić to co wypada.
 Chcę tylko podziękować, jeśli przeczytałeś/łaś cały mój tekst i dotarłeś/łaś do tego momentu.
 Tak więc – dzięki! A na samo, samiutkie zakończenie „zamałpuję” samego Diabła i napiszę jedno słowo – Dobranoc.

SRC: http://www.joemonster.org/art/15999/Przemyslenia_noworoczne_nostalgiczne_

Offline zaroowka

  • Weteran
  • ***
  • Wiadomości: 227
  • Płeć: Mężczyzna
  • Debian, Pentax, Habanero!
Odp: Przemyślenia noworoczne (nostalgiczne)
« Odpowiedź #1 dnia: 09 Sty, 2011, 00:23:39 »
Pozwolę sobie zacytować: "Sad but true".
Debian addicted bastard.
A pentaxian, a loyalist, a diehard. ;)

Offline the_mask

  • Global Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 3361
  • Płeć: Mężczyzna
  • << ST. SIERŻANT >>
Odp: Przemyślenia noworoczne (nostalgiczne)
« Odpowiedź #2 dnia: 10 Sty, 2011, 16:28:40 »
Jestem młodszy od tego pana co to pisał, ale co prawda, to prawda :) To były czasy :) hehe