Autor Wątek: Przebudowa Parku (Placu) Marii Konopnickiej  (Przeczytany 5755 razy)

Offline andreak

  • Stały Bywalec
  • **
  • Wiadomości: 115
Odp: Przebudowa Parku (Placu) Marii Konopnickiej
« Odpowiedź #30 dnia: 02 Maj, 2014, 00:15:28 »
A przecież już Okudżawa śpiewał (lub jakoś podobnie):

Co było - nie wróci, i szaty rozdzierać by próżno.
Cóż, każda epoka ma własny porządek i ład...
A przecie mi żal, że ktoś najwyraźniej się urżnął,
wyciął drzewa i krzewy, i betonu nam rzucił tam grad...


No cóż, wiedziony sentymentem przeszukałem zasoby Sekretnie Ukrytego Wielkiego Archiwum Lapsusów Koherentnych Inaczej. Miałem nadzieję, że znajdę tam jakieś fragmenty dotyczące parku. Anonimowy autor i tym razem mnie nie zawiódł.

"...Szedłem przez miasto jak zwykle głęboko zatopiony w myślach, które nieodmiennie krążyły wokół tego, co jeszcze mógłbym zrobić dobrego dla ludzkości. Mnogość związanych z tym problemów oraz niezwykła trudność (nawet dla mnie) w ich rozwiązaniu, sprawiły że byłem zbyt zaabsorbowany, by zwracać uwagę na mijający czas oraz na to, którędy podążam. Rozmyślałem właśnie o bezdomnych biednych istotach, gdy jednak w końcu na chwilę przystanąłem. Z pewną dozą zaskoczenia skonstatowałem, iż znajduję się w parku, któremu nadano imię naszej wielkiej rodzimej poetki. Okazało się, że nieświadomie zszedłem z głównej ścieżki (tak jak i wzmiankowana poetka - tylko że ja terenowo, a nie preferencyjnie) i stałem w części parku porośniętego gęstymi krzakami. Miałem już ruszyć w dalszą drogę, gdy nagle spośród zarośli wyłonił się przedziwny osobnik. Oczywiście jestem człowiekiem o otwartym umyśle i niebywałej tolerancji na odmienność, ale wygląd tegoż jegomościa nie wzbudzał zaufania. Przykusa marynareczka opinała wątłe ramiona i wystający brzuch, natomiast zbyt obszerne spodnie fałdowały się wielokrotnie, by na samym dole opaść luźno na zbyt duże i mocno rezklepane buciory. Gdyby dorzucić wąsik, melonik i bambusową laseczkę, to wypisz-wymaluj Brigitte Bardot... czy też jakiś inny podejrzany dekadencki artysta o identycznych podwójnych inicjałach. Oblicze zaś, choć niestarannie, miał jednak ogolone. Niemniej jednak twarz ta wskazywała, że jej właściciel z niejednego pieca jadł chleb. Jakkolwiek nie byłbym pewny, że w jego przypadku możemy mówić o piecu i chlebie. Jegomość zrobił krok w moim kierunku i powiedział:
- Bądź pozdrowiony, szlachetny przybyszu. Zapewniam cię po stokroć, że nie chcę być nadmiernie nachalny, ale czy zechciałbyś wesprzeć naszą sprawę i wygrzebawszy trochę poparcia dorzucił się na purek?
Mój niezawodny instynkt i zdolność błyskawicznego oceniania sytuacji uruchomiły potencjał, który wbrew pozorom nigdy nie zasypiał a tylko przykucnięty w kąciku podświadomości czekał, by w chwili zagrożenia, zaprezentować się w całej okazałości. Lata żmudnych ćwiczeń spędzone w supertajnym tybetańkim klasztorze nie poszły na darmo. Moi sponsorzy, czyli CIA, KGB oraz Iluminaci, dobrze zainwestowali - tak w ośrodek szkoleniowy, jak i w odpowiedniego człowieka (hmm, czyli mnie, oczywiście). Dobrze wiedziałem, że pseudoelegancki tekst ma sprowadzić mnie na manowce. A pozornie nic nie znaczące słowo "purek", oznaczało w pewnych kręgach "zegarmistrza światła purpurowego zabełtającego błękit w głowie", czyli było synonimem denaturatu. 
Zatem wszystko rozegrało się w mgnieniu oka. Wyćwiczone odruchy pokonały prawa grawitacji i pozwoliły moim rękom i nogom wykonać spektakularny taniec powietrzny, który doprowadził do obezwładnienia znanego już nam osobnika oraz jego licznych kamratów, którzy jak się okazało, czaili się w pobliżu. Końcem paznokcia dużego palca mojej lewej stopy (aby nie krępować swoich ruchów, musiałem na początku akcji całkowicie pozbyć się ubrania - oczywiście w ułamku nanosekundy), wytrąciłem z ręki mojego głównego przeciwnika butelkę, stanowiącą bez wątpienia atrybut jego bezwartościowego życia, ale również będącą zagrożeniem dla każdego, kto niczego nie spodziewając się, zbliżyłby się do tego podstępnego indywiduum.
Zabezpieczywszy teren - wylądowałem. Jak zwykle po walce na ośmiu łapach. Ale to nieważny szczegół, bo liczyło się tylko to, że wróg został pokonany. Oczywiście znaczna część mojego szkolenia polegała na tym, by zadanie swoje wykonywać niezauważalnie i bezszelestnie. Niestety, walka w tym, było nie było, publicznym miejscu i związane z nią odgłosy, sprowadziła głodną sensacji gawiedź. Pospólstwo owe, wychowane na widowiskach telewizyjnych, domagało się dalszego ciągu rozrywki. "Tańcuj, śpiewaj, talentuj, jukandensuj, iksfaktoruj, bitwujnagłosy, mastbidemusikuj, ugotuj coś, udekoruj mieszkanie!!!" - krzyczała do mnie zgromadzona tłuszcza, zapominając, że dookoła nie ma przezabawnie idiotycznych i śmiesznych inaczej jurorów. Nie miałem czasu na wiele ukłonów, więc tylko zebrałem numery komórek od najapetyczniejszych przedstawicielek rozanielonego tłumu (podejrzewałem, że może mi się to kiedyś przydać, chociażby podczas licytacji karcianej z kosmitą, ale to już zupełnie inna historia). Zaraz potem się ubrałem.
Podszedłem do pokonanego adwersarza, który w konających drgawkach, próbował dosięgnąć rozbitej butelki. Krzywiąc się z bólu, wyciągał ku owej nieszczęsnej flaszce swoje połamane na dziesiątki kawałków palce. Postawiłem mu stopę na karku, wiedząc, że za chwilę skrócę jego cierpienia. Tym bardziej skupiłem się na rozdawaniu autografów i pozowaniu do zdjęć (ach te komórki i wszelakie inne łatwo dostępne urządzenia rejestrujące). Błyskające flesze aparatów ujawniły wśród kawałków rozbitej butelki coś, co przypominało arkusik papieru. Pochyliłem się i wtedy dostrzegłem, że mój pokonany wróg przestał grzebać w potłuczonym szkle. Za pomocą kieszonkowego lusterka, małego grzebyka oraz zardzewiałej agrafki zaczął wykonywać na sobie neurochirurgiczną operację mózgoczaszki. Oniemiałem, bowiem ja potrzebowałbym do przeprowadzenia takiego zabiegu dodatkowo jasnoróżowej pasty do gumofilców rozmiar czterdzieści pięć oraz bożonarodzeniowych kalkomanii na wielkanocne jajka. Mój nieprzyjaciel jedynym pozostałym mu okiem zauważył zainteresowanie, jakie nieopatrznie mu okazałem. Dokończył czynności związane z umieszczeniem na właściwym miejscu szarej substancji mózgowej, powstał i oto co powiedział (dla dobra narracji i ze względu na skromność, upraszczam trochę jego wypowiedź):
- Pokonałeś mnie, o przewspaniały wojowniku wszech czasów! Ale nie dziw się, że potrafię dokonać na sobie skomplikowanej operacji. Wszak nawet ty, przy całej swojej niezgłębionej erudycji, nie możesz wiedzieć, że jestem zubożałym neurochirurgiem o specjalności transplantacji mózgu. Przedziwne koleje losu, nie zawsze przemyślane inwestycje, wiązanie się z nieodpowiednimi kobietami oraz niefortunne decyzje polityków doprowadziły mnie do tego miejsca. Lecz nie chcę cię zanudzać swoją historią. Wiem bowiem, że twój nie znający spoczynku umysł, domaga się nowych wyzwań i nie masz czasu na tak nieistotne błahostki. Wiedz jednak, że doszło tutaj do nieporozumienia. Oczywiście całkowicie zawinionego przeze mnie. Gdy wynurzyłem się z krzaków i bezczelnie cię zaczepiłem, wytrącając z twych jakże ważnych dla całej ludzkości rozmyślań, musiałeś tak zareagować. Jestem ci wdzięczny za przypomnienie mi, jakże marnym jestem pyłkiem, oraz w którym szeregu jest moje miejsce.
W tym momencie rzucił się na kolana, zapewne by oddać mi stosowny hołd, ale jednocześnie podniósł z ziemi wzmiankowaną już kartkę.
- A oto niejako powód całego zamieszania - powiedział mój rozmówca. - Zechciej rzucić okiem na ten niegodny dokument, który w butelce (jakże nieszczęsny pomysł!) chcieliśmy dostarczyć szlachetnym władzom miasta. Mam nadzieję, że nawet pobieżne zapoznanie się z nim, pozwoli wyjaśnić zaistniałe nieporozumienie.
Z niechęcią i wstrętem skierowałem swoje oczy (bo miałem dwa, w przeciwieństwie do niektórych, he he he) na wyświechtany arkusik. "My niżej podpisani..." bla bla bla... "również obywatele tego zacnego grodu..." bla bla bla... "w obliczu nadchodzących zmian..." bla bla bla... "związanych z przebudową parku..." bla bla bla... "a które bez wątpienia zmienią całkowicie dotychczasowy kształt..." bla bla bla... "pragniemy mieć swoje miejsce..." bla bla bla... "mamy nadzieję, że zostaniemy uwzględnieni..." bla bla bla... bla bla bla... podpisano: Parkowi Użytkownicy Realizujący Egzystencję Krzakową".
No tak, ten tego... wyszło trochę tak jakby nie bardzo... Ale co tam, życie musi toczyć się dalej. Zatem już miałem zmiąć tę kartkę i rzucić domniemanemu neurochirurgowi w przefasonowaną twarz, gdy przypomniałem sobie takie zwroty jak: tradycja, lokalny folklor, wielokulturowość, miejscowy koloryt... Poklepałem go po plecach (oczywiście ze względów sanitarnych znalezioną nieopodal gałęzią) i powiedziałem prawie szczerze:
- Powodzenia.
No cóż, w obliczu zaistniałych sytuacji, to nie mógł być początek pięknej przyjaźni. Ale z drugiej strony, gdyby stworzyć takie powiedzmy... Prewencyjno Adaptacyjne Rezerwaty Krzakowe... i w tych PARK-ach umieścić tych wszystkich nieszczęśników... Zaraz, chwileczkę... czyżbym rozwiązał kolejny problem ludzkości? Wiwat ludzkość! Wiwat ja!!!..."


1 maja kończy się jak piwo w lodówce. Trzeba zatem zakończyć i ten wpis. Tym bardziej, że mając na uwadze frekwencję użytkowników w ostatnim czasie na tym forum, wyczerpałem (własnymi słowami oraz cytatami) przynajmniej okres dwuletni. A może moje gadulstwo przysłuży się rozruszaniu forum? A jeśli nie, to gudbaj do 2016.
"Źle nazwać rzeczy, to powiększać nieszczęścia świata". - Albert Camus