Autor Wątek: W cieniu „Sitotutama"  (Przeczytany 3417 razy)

Offline Przemysław Antoniewicz

  • Forumowicz
  • *
  • Wiadomości: 14
  • Płeć: Mężczyzna
W cieniu „Sitotutama"
« dnia: 24 Lut, 2012, 17:42:09 »
Przemysław Antoniewicz

W cieniu „Sitotutama” - z dziejów Kompleksowej Ekspedycji Jaćwieskiej
Wspomnienia z lat sześćdziesiątych

1.   Suwałki przed pięćdziesięciu laty – takie je pamiętam

       W czerwcowy, chłodny i deszczowy dzień pięćdziesiątego szóstego, a może pięćdziesiątego siódmego roku ubiegłego wieku – jak to się zwykło od niedawna podkreślać - spotkałem się po raz pierwszy z Suwalszczyzną. Miałem wówczas pięć, czy sześć lat. Wraz z rodzicami i siostrą z warszawskiego pociągu wysiadłem w Suwałkach wczesnym rankiem. I choć minęło tyle lat, to ten mało atrakcyjny widok - jak mi się wówczas wydawał - położonej poza miastem niewielkiej stacji kolejowej z przybrudzonej carskiej cegły, w pochmurny chłodny poranek i po całonocnej jeździe na twardych ławkach przepełnionego wagonu II klasy, pozostaje  nadal w oczach. Podobnie jak środek transportu, który po nas przybył – a był nim dwukonny wóz na drewnianych kołach o stalowych obręczach. Podskakujący na brukach okrągłego stacyjnego podjazdu, a potem turkocący na kostce ulicy Kościuszki na odcinku od tuczarni aż po krańce jednostki wojskowej. Te pierwsze obrazy Suwałk, miasta do którego później wielokrotnie przybywałem z radością, nie nastrajały warszawskiego dziecka pozytywnie. Podwoda wioząca nas do Szwajcarii pod Suwałkami, gdzie wkrótce miały rozpocząć się pod kierunkiem mego Ojca, Jerzego Antoniewicza wykopaliska archeologiczne, dalej trzęsła niemiłosiernie na „kocich łbach” szosy prowadzącej do Szypliszek. Chwilę wytchnienia dawały momenty, w których furmanka poruszała się po miękkim piaszczystym poboczu. Przebudowa drogi strategicznej prowadzącej od granicy z ZSRR, która  z racji swego charakteru miała wkrótce otrzymać półmetrowy podkład z kamieni i żwiru oraz wspaniały równy, szary, naturalnie twardy asfalt, miała rozpocząć się dopiero za rok. Dzięki niezwykle solidnemu wykonaniu szosa (zwana przez miejscowych „szosem”) dotrwała potem w niezmienionym stanie (i funkcji) do końca lat osiemdziesiątych, kiedy to nagle, obok polskich zaczęły się na niej pojawiać najpierw osobowe, a wkrótce i ciężarowe pojazdy z nadbałtyckich republik (jeszcze) radzieckich.

      Same Suwałki jakie je pamiętam, gdyby porównywać z mniejszymi nawet miejscowościami mazurskimi, typowo miejski charakter zachowywały – i to z pewnymi ograniczeniami –  jedynie wzdłuż głównego swego ciągu, ulicy Kościuszki. Oczywiście wraz z przylegającym monumentalnym kościołem Św. Aleksandra, magistratem, liceum im. Brzostowskiego i parkiem miejskim. Parkiem z malowanymi olejną farbą na zielono drewnianą muszlą koncertową oraz okrągłą altaną. W altanie latem serwowano wówczas w szklanych pucharkach bardzo smaczne lody śmietankowe z suwalskiej mleczarni. Reprezentacyjna ulica miasta, Kościuszki obsadzona była grubymi, lecz mocno podgolonymi lipami, których pnie ówczesnym obyczajem pomalowane były wapnem na biało. Stanowiły ozdobę ulicy. W skwarne dni dawały tyle cienia, ile było trzeba dla umożliwienia zamiany kilku słów ze spotkanym znajomym. Jednocześnie nie zabierały słońca potrzebnego do rozświetlenia jasnych fasad klasycystycznych budynków. Gdy w lipcu wszystkie lipy kwitły, rozsiewały wokół miły, miodowy zapach. Drzewa buczały też pszczołami buszującymi za pożytkiem w ich koronach. Ze względu na minimalny ruch furmanek i samochodów było je doskonale słychać w letnim rozgrzanym powietrzu. Wzdłuż chodnika, w miejscach, gdzie dzisiaj obok jezdni parkują samochody, biegł wyłożony brukiem, szeroki, może nawet metrowy, głęboki rynsztok, w którym wprawne oko dostrzegało końcówki rur odpływowych wyprowadzonych z poszczególnych kamienic. Była to taka pierwotna „kanalizacja” (można ją zobaczyć na zdjęciach z przypisu ¹). Miejscami, gdzie przechodniów było więcej, np. na wysokości parku, przy pasach dla pieszych prowadzących w stronę kościoła (na wysokości Chłodnej) lub wzdłuż sklepów, nad rynsztokami ułożone były prostokątne mostki wykonane z kątownika i stalowej siatki  umożliwiające dotarcie suchą stopą na drugą stronę ulicy.

Ulica Kościuszki w niedzielny poranek ok.1960 roku - ludzie licznie zmierzający do kościoła.
Widoczna ówczesna nawierzchnia z kostki oraz brukowane rynsztoki.

   
       Całość Kościuszki robiła dobre wrażenie gustownie zaplanowanego, choć w wielu miejscach zaniedbanego – i co tu ukrywać – opóźnionego cywilizacyjnie, położonego gdzieś na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej, klasycystycznego miasta. Zauważalny od strony ulicy ład architektoniczny ulegał jednak szybkiemu zachwianiu, gdy z Kościuszki wchodziło się, przez często liszajowate, kamieniczne bramy, w głąb połączonych ze sobą labiryntów podwórek. Tam z miejsca otwierał się zupełnie inny widok - pejzaż porozrzucanych w artystycznym nieładzie drewnianych lub ceglanych komórek, składzików, sławojek, chlewików i kurników. Poprzetykanych tu i ówdzie zielonością drzew owocowych i maleńkich ogródków, różem kwitnących malw i mieczyków.  Gdy przechodziło się mimo tych zabudowań, można było, prócz charakterystycznych zapachów natknąć się  na dochodzące zza cienkich ścian chrumkanie świnek, czy płynące spoza płotków gdakanie kurek. Można było zobaczyć i usłyszeć spierające się o swe rewiry półdzikie koty. Pogłaskać pół-bezpańskie psy, chętnie tulące się do przybysza. Całość pejzażu, dodając do tego suszące się na sznurach pranie i rozłożone w oknach oficyn i wewnętrznych drewnianych budynków jejmoście, latem wydawała się malownicza. Choć odbiegała od przyjętego pojęcia porządku architektonicznego.

      Dla mnie, dziecka wielkomiejskiego z warszawskiego starego Mokotowa był to widok nieznany, interesujący i atrakcyjny. Jakże odmienny od warszawskiego bezosobowego świata wielkich kamienic, względnie nowych socjalistycznych bloków osiedlowych. Jednocześnie pejzaż ten, dzięki wyczuwalnej od pierwszego rzutu oka wzajemnej bliskości mieszkańców kamienicznych podwórek, był bardzo ciepły i swojski w swoim wyrazie. Był to obraz świata, po latach jakie minęły od tego czasu, z pewnością wyidealizowany. Świata, w którym wszyscy się znają, tworzą rodzaj dużej rodziny, której członkowie wspólnie żyjąc, pomagają sobie nawzajem. 
      Gdy później czytałem w szkole „Naszą szkapę” M. Konopnickiej, zawsze oczyma wyobraźni widziałem ową szkapę  w otoczeniu suwalskich podwórek i jej mieszkańców.
W ten zaczarowany świat suwalskich  zakamarków wprowadzał mnie mój rówieśnik i wakacyjny kompan, późniejszy kolega i przyjaciel, suwalczanin Krzysztof Trzeciecki, wnuk naszej ówczesnej ekspedycyjnej kucharki Pani Heleny Neisserowej, z którym w czasie corocznych urlopów spędzanych na Suwalszczyźnie omawiamy zmiany jakie zaszły w ostatnim czasie mieście i okolicy.
 
      W przeciwieństwie do ul. Kościuszki, która była w całości murowana, równoległe do niej krótsze uliczki miały już często zabudowę mieszaną - murowaną i drewnianą. Wiele ze starych domostw należało przed wojną do ludności żydowskiej, którą na podstawie starych opisów i historycznych zdjęć Suwałk, mogę sobie  w tym otoczeniu jedynie wyobrazić.
 
      Kolejne drewniaki z biegiem czasu, szczególnie zaś w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych rozbierano, a w ich miejsce stawiano najpierw pojedyncze, pozbawione indywidualizmu socjalistyczne bloki „z wygodami”, później zaś niewielkie osiedla. Tak powoli, Suwałki zaczęły nabierać współczesnego charakteru miejskiego. Wypada podkreślić, że w okresie małej stabilizacji lat sześćdziesiątych budownictwu mieszkaniowemu nie towarzyszyły rozdęte inwestycje administracyjne. Pod tym względem było skromnie i na miarę ówczesnych możliwości. Urzędy po staremu mieściły się głównie przy Kościuszki. Choć i wtedy narzekano na biurokrację, to gdzie jej tam było do obecnej ! 
      W tym samym czasie tylko cześć ulic miała już asfaltowe nawierzchnie. W bocznych królowały przedwojenne, a raczej carskie bruki. Niektóre uliczki miały jeszcze nawierzchnie szutrowo-gliniaste, na których po opadach tworzyły się jeziora kałuż. W miejscu dzisiejszego parku z pomnikiem Marii Konopnickiej, jeszcze pod koniec lat pięćdziesiątych znajdował się brukowany rynek z jatkami mięsnymi na obrzeżach. W targowe dni gromadziły się tam dziesiątki furmanek chłopskich z najróżnorodniejszym towarem od prosiaków po drukowane makatki kuchenne sławiące świeżą wodę lub kobiece talenty kucharskie. 
      Z pierwszych inwestycji komunalnych początku lat sześćdziesiątych pamiętam budowę piętrowej Biblioteki Publicznej, uważanej wówczas za reprezentacyjny budynek miejski. Podobnie, położonego vis a vis biblioteki na skos, nowego prezydium wyposażonego w niewielką salę na organizację oficjalnych uroczystości. Ten ostatni budynek niedawno rozebrano dla stworzenia miejsca pod kolejną „Biedronkę”.

      Gigantomania lat siedemdziesiątych - ponownie odmieniająca miejski pejzaż Suwałk - objawiająca się budową obszernych budynków publicznych: urzędu wojewódzkiego, stronnictw politycznych, komendy milicji, szpitala wojewódzkiego i wreszcie nowego osiedla północnego miała się rozpocząć dobrych 10 lat później ! W każdym razie, w momencie mego przybycia do Suwałk  miasto było skromne i szare, zaś ludzie na ulicach jeszcze bardzo ubodzy. Było to dopiero 10 lat z okładem od zakończenia wojny !. Nie zasklepiły się też wojenne i powojenne rany psychiczne ludzi, co w jakiś sposób, nawet dla dziecka było wyczuwalne. Pamiętam przyciszone głosy, gdy opowiadano np. o sowietach, barbarzyńsko rozstrzeliwujących  w 1939 roku wziętych do niewoli  oficerów WP (tankisty pliennych nie bierut !).

      Ówczesny dyrektor liceum p. Wojtych – żołnierz Września wspominał, że cudem uniknął wówczas śmierci, gdyż jako motocyklista, którego ręce ubrudzone były smarem, został uznany przez sowietów za robotnika. W każdym razie inteligencja suwalska, co pamiętam z wizyt Ojca, któremu nieraz towarzyszyłem, budziła się dopiero do życia po dramatycznych przeżyciach wojennych i stalinizmu. Przemysł w mieście powoli powstawał, panowało jeszcze ukryte bezrobocie, na ulicy dominowały barwy szaro-bure. Suwalczan można było jednak odróżnić od mieszkańców okolicznych wsi po ubraniach, co było świadectwem ówczesnej biedy - głębszej na wsi niż w mieście. Jednocześnie wskazywało to na pewien wzrost powojennego dobrobytu ludności miejskiej. Natomiast wieś, gdyby oceniać to z dzisiejszej perspektywy, na co dzień jeszcze chodziła do pracy w łachmanach. Diametralnie miało się to zmienić na lepsze, nie tylko pod tym względem, dopiero w „epoce Gierka”, w latach siedemdziesiątych. Wtedy to, po raz pierwszy, zobaczyłem dzieci wiejskie ubrane porządnie w fartuszki szkolne. Wtedy też wieś suwalska jako całość poczęła zmieniać się w szybkim tempie - z drewnianej w murowaną. Natomiast wówczas, w latach pięćdziesiątych, jedynie w słoneczne, letnie niedziele świat rozkwitał bajecznymi kolorami kretonów, z których kobiet szyły sobie wówczas malownicze, acz niedrogie sukienki.

¹ Szwedzi po kilku pierwszych latach zaczęli przyjeżdżać tylko w czerwcu podczas, gdy ekspedycja archeologiczna ze względu na sesję egzaminacyjną polskich studentów zaczynała się z początkiem lipca. Szwedzkie zdjęcia Suwałk i Suwalszczyzny z tego okresu można zobaczyć na stronie WWW.Swedish Jatvingian Expedition. 
« Ostatnia zmiana: 24 Lut, 2012, 17:47:17 wysłana przez Przemysław Antoniewicz »

Offline Przemysław Antoniewicz

  • Forumowicz
  • *
  • Wiadomości: 14
  • Płeć: Mężczyzna
Szwajcaria – letnia siedziba Ekspedycji (2/13)
« Odpowiedź #1 dnia: 24 Lut, 2012, 17:47:54 »
2.   Szwajcaria – letnia siedziba Ekspedycji 
           
       W miejscu wykopalisk, w Szwajcarii pod Suwałkami, zamieszkaliśmy w bielonej paradnej izbie z obrazami świętymi i portretem ślubnym właściciela i woźnicy naszej podwody, Władysława Sokołowskiego i jego żony Wiktorii. Gospodarze z racji posiadania 10 hektarowego gospodarstwa, dwóch koni i korzystania w żniwa z pracy najemnej, sami siebie nazywali kułakami. Najwyraźniej w ich pamięci jeszcze świeże były w wspomnienia epoki stalinowskiej i jej słownictwa ! Nasz gospodarz był na swój sposób obeznany ze światem, znał język niemiecki, jako że przed wojną jeździł do Prus Wschodnich za pracą, a i po wojnie mógł mieć coś wspólnego z indywidualnym „importem” dóbr poniemieckich z Mazur. Wiele maszyn na jego podwórku miało niemieckie tablice znamionowe.
      Dom Sokołowskich, oczywiście drewniany, choć otynkowany, był ostatnim zabudowaniem położonym pod lasem, po prawej stronie drogi gruntowej prowadzącej od szosy szypliskiej przez wspomniany las do Prudziszek. Przycupnięty w dole trwa do dzisiaj (w zmodernizowanym kształcie)  poniżej skarpy, na której stanął później barak ekspedycyjny i wóz mieszkalny. Wóz opatrzony istniejącym do dziś, choć odnawianym napisem „Hotel pod Sitotutamem” (od sita archeologicznego używanego „tu i tam”) z wizerunkiem białego szkieletu ludzkiego na czerwonym tle.

Flagi Polski i Szwecji stanowiły rozpoznawalny znak siedziby Kompleksowej Ekspedycji Jaćwieskiej w Szwajcarii.
Widok baraków ekspedycyjnych nieco przysłonięty dorodnym żytem (lata 60-te).


      Wszystkich zabudowanych siedlisk gospodarzy w pobliżu cmentarzyska Jaćwingów było wtedy 5 lub 6, podobnie jak dzisiaj. Jedyne co się zmieniło, to, że większość domów drewnianych została zastąpiona murowanymi. Aby uzmysłowić, jak odmienny był od współczesnego ówczesny świat materialny, warto dodać, że jako dziecko zaobserwowałem w dalszej okolicy tylko dwa murowane domy chłopskie kryte dachówką lub eternitem. Jeden przy szosie nad rzeczką Kamionką, przed skrętem do wykopalisk, należał chyba do rodziny Zielińskich i drugi do Państwa Staśkiewiczów w Jasionowie Nowym. Pozostałe domy były drewniane, zbudowane z bali lub częściej z desek łączonych z innymi materiałami, np. z gliną, kryte oczywiście słomianą strzechą.  W samej Szwajcarii - Studzienicznym były jeszcze cztery gospodarstwa rolników, Kowalewskich, Szymańskich (niezamężnej Anny gospodarującej z ojcem, byłym gwardzistą carskim w Petersburgu), chłoporobotników Jabłońskich, posadowionych przy samej szosie oraz rolników i kowali Zielepuzów dysponujących obszernym domem. U nich zatrzymał się pewnego roku nawet  prof. Knut Olaf Falk, kierujący szwedzką częścią powołanej z inicjatywy i staraniem mego Ojca Kompleksowej Ekspedycji Jaćwieskiej.

      Wracając do powoli wkraczających na wieś udogodnień cywilizacyjnych, trzeba dodać, że   prąd elektryczny zawitał do Szwajcarii i Jasionowa tuż przed 1960 rokiem. Zatem przez dobre kilka lat używaliśmy w Ekspedycji lamp naftowych i świec. Do tego czasu tylko jeden gospodarz (w Jasionowie) korzystał z radia zasilanego z akumulatora. Po elektryfikacji zainstalowano w mieszkaniach oświetlenie z 25 watowymi żarówkami. Tak więc trudno było powiedzieć, czy jaśniej było przed, czy po elektryfikacji !. W każdym razie na wykopaliska  przyjeżdżaliśmy z własnymi żarówkami !.
Oprócz oświetlenia domów elektryfikacja przyniosła po jednym miejscu w każdej wsi z tzw. siłą (punkty omłotowe). Przy okazji, po raz pierwszy, zepsuto krajobraz stawiając paskudne prefabrykowane betonowe słupy elektryczne, które jeszcze można spotkać na Suwalszczyźnie. Pomimo ograniczoności tej wstępnej elektryfikacji, wszyscy byli szczęśliwi, że w ogóle nastąpiła. Przede  wszystkim radio czyniło w dostępie do świata podobną rewolucję jak później telewizja, a jeszcze potem internet.

      Podstawowym środkiem transportu na wsi były wówczas wozy konne. W tym czasie na ogół jeszcze drabiniaste, wyposażone w drewniane koła na metalowych obręczach. Na obszarze pomiędzy rzeczką Kamionką, wypływającą z bagien (dawne jezioro) poniżej szwajcarskiego cmentarzyska, a Jasionowem, jedynie dwóch gospodarzy posiadało w latach pięćdziesiątych wozy na metalowych kołach i gumowych oponach, zresztą dość „łysych”, być może jeszcze wojennych. Wozy na ogół nie były odpowiednio oświetlane po zmroku - z powodu bądź to z  braku lamp naftowych (lekceważonych przez woźniców) bądź raczej z chęci oszczędzania na nafcie. Było to przedmiotem utarczek z patrolami Milicji Obywatelskiej , które w dni targowe, gdy się ściemniało, zasadzały się w krzakach na rogatkach na zapóźnionych rolników wyjeżdżających z Suwałk.  Przy okazji, za pomocą nakazu chuchania milicjanci sprawdzali, czy zapóźniony woźnica nie znajdował się czasem pod wpływem alkoholu. Widoczność pojazdów, a z nim bezpieczeństwo na drogach nieco wzrosło po wyasfaltowaniu szosy do Szypliszek. Była ona oznaczona betonowymi białymi słupkami wyposażonymi w światełka odblaskowe, które po wydłubaniu doskonale nadawały się do przytwierdzenia do tyłu furmanek. Światełek odblaskowych w sklepach nie sprzedawano, stąd notoryczne ograbianie słupków. Jeśli chodzi o siłę pociągową, to traktorów w chłopskim władaniu wówczas nie było, a te które raz w roku przyjeżdżały z kółek rolniczych na omłoty (napędzały pasem transmisyjnym tzw. damfy, czyli młockarnie) były jeszcze przedwojennego typu (tzw. Lanz Bulldogi z powojennej produkcji Ursusa). Na co dzień młóciło się cepami, czego i ja się nauczyłem na klepisku stodoły p. Sokołowskiego. Bogatsi rolnicy dysponowali stosowanymi przy większych pracach kieratami konnymi, które przekazywały napęd maszynom (sieczkarniom, wialniom, młockarniom).

      W tym samym czasie w Suwałkach podstawowym środkiem transportu były własne nogi. Autobusów miejskich nie było. Choć PKS-y jeździły spod magistratu (3 stanowiska po stronie parku) do Augustowa, Szypliszek, Sejn, Rutki Tartak i Wiżajn. Kto potrzebował, mógł więc podjechać jeden przystanek do któregoś z wylotów miasta.  Rowery były trudno dostępne i drogie. Kosztowały do ok. dwóch średnich pensji. W początku lat sześćdziesiątych pojawił się w sklepach GS-u Suwalszczyzny ciężki rower radziecki „Ukraina” za cenę jednej pensji. Po dwóch, trzech latach pojawiły się nowocześniejsze rowery polskie z Bydgoszczy, które z biegiem czasu relatywnie taniały. Najprostszy motocykl WFM o pojemności 150 cm3 kosztował 7 średnich pensji. Na suwalskiej wsi były to bardzo duże pieniądze. Na ogół kupowali je tylko ci, którzy obok gospodarstwa zatrudnili się w przemyśle, a tych w regionie nie było zbyt wielu. Samochody osobowe były ewenementem. Wszystkie nazywane były taksówkami, jako że na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych jedynymi w okolicy autami nie-służbowymi były taksówki suwalskie. Najpierw dwie, a potem więcej. Były to solidne Warszawy garbusy. Pierwszy i przez wiele lat jedyny postój taksówek mieścił się w tym samym miejscu co i obecnie. Czyli na przeciwko kościoła i księgarni po stronie parku. Z czasem, chyba już w latach siedemdziesiątych, postój wzbogacił się w telefon, pod który można było dzwonić by wezwać taksówkę.
« Ostatnia zmiana: 25 Lut, 2012, 14:25:06 wysłana przez noka »

Offline Przemysław Antoniewicz

  • Forumowicz
  • *
  • Wiadomości: 14
  • Płeć: Mężczyzna
Krajobrazowa idylla sprzyja międzynarodowej współpracy (3/13)
« Odpowiedź #2 dnia: 25 Lut, 2012, 14:31:57 »
3.   Krajobrazowa idylla sprzyja międzynarodowej współpracy

      Następny po przyjeździe na Suwalszczyznę poranek był pogodny, czerwcowe słońce mocno grzało, szybko robiło się ciepło. Na skraju dorodnych łanów żyta pachniały maki i chabry, do których same wyciągały się ręce dziecka. To spowodowało, że na „dzień dobry” użądliły je dwie osy. Widok dobrze zagospodarowanej rolniczym trudem ziemi, falujących już wysokich zbóż, zieleniejących się pastwisk i kartoflisk poprzecinanych piaszczystymi drogami, nawet dziecku nasuwał  odczucie sielskiego ładu i porządku. I pozostał w pamięci.
      Szczególnie, że dzisiejsze obrazy bywają odmienne - pomimo unijnych dotacji do zagospodarowanych hektarów, widać coraz więcej odłogujących, zachwaszczonych pól.

      Najpiękniejszy w Szwajcarii był wszakże krajobraz rozciągający się na całą dolinę z tarasu ziemnego ponad domem naszych gospodarzy, gdzie wkrótce miały stanąć zabudowania ekspedycyjne – wóz mieszkalny i barak (podobno z Treblinki) mieszczący kuchnię, do którego dobudowano później werandę służącą za stołówkę. Widoczna z werandy szeroka panorama pól z porozrzucanymi na pierwszym planie gospodarstwami Sokołowskich, Kowalewskich, Szymańskich, przechodzących dalej w intensywnie zielone łąki, później w torfowiska i bagienne otoczenie rzeczki Kamionki, kończyła się pasem lesistych sosnowych wzgórz Osinek i meandrującym pod nimi generalnie pustym „szosem” suwalskim. Wokół panowała idylliczna cisza, z rzadka przerywana turkotem furmanek rozpędzonych w dół jezdni lub hałasem motocykli „wuefemek” powoli i z wysiłkiem posuwających się na wysokich obrotach pod górę szosy suwalskiej w stronę Jasionowa i Żubryna. Jedynie w targowe dni - poczynając od pierwszych brzasków niósł się daleko hałas kopyt końskich uderzających w asfalt i turkot wozów. I dziś widok z tego miejsca jest podobnie piękny, choć miejscami, gdzie las był dobrze ponad stuletni, rośnie teraz trzydziestoletnia drągowina (wyrąb rozpoczęto wkrótce po zakończeniu działalności ekspedycji). Jednak ciszy takiej jak wtedy, gdy z oddali słychać było krowę ryczącą w Osinkach lub spoza linii osinieckich wzgórz dochodził gwizd pociągu do Trakiszek, już posmakować nie sposób. Krów dziś jakby mniej, zamiast ich ryczenia utrwalił się w świadomości jednostajny hałas litewskich TIR-ów ciągnących w pośpiechu z Zachodniej Europy towary, a także samochody - do „prawienia”, po niskich bałtyckich kosztach pracy.
 
      Pisząc o wykopaliskach archeologicznych nie sposób pominąć wyjaśnienia, jakim ewenementem była w owych latach Kompleksowa Ekspedycja Jaćwieska - wraz z szerszym, „krążącym” wokół niej, naukowym otoczeniem „bałtyjskim”. Najkrócej definiując, było to powołane do życia entuzjazmem i staraniami mego Ojca, wówczas prekursorskie w swym interdyscyplinarnym charakterze, w dużym stopniu nieformalne zgromadzenie naukowców różnych dziedzin, głównie nauk humanistycznych (ale nie tylko historycznych). Zgromadzenie naukowców badających różnorakie aspekty spuścizny Bałtów -zamieszkujących dawną, prehistoryczną i wczesnośredniowieczną Suwalszczyznę. A także późniejsze losy tego regionu w okresie Wielkiego Księstwa Litewskiego. Obok archeologów pracowali w niej/lub z nią współpracowali historycy, antropolodzy, językoznawcy (nie tylko Szwedzi), etnografowie, a także biolodzy. Byli wśród nich Polacy z kraju i zagranicy, Litwini z LSRR i z USA, Białorusini, Łotysze, Estończycy, zdarzali się Rosjanie i Niemcy, no i oczywiście  Szwedzi. Szwedzi w przeciwieństwie do pozostałych cudzoziemców stanowili zwartą grupę, choć w dużej mierze studencką. Cudzoziemcy ci stanowili w ówczesnej rzeczywistości niespotykany element urozmaicenia krajobrazu naukowego i kulturowego. Ale ich obecność nie była całkiem bezproblemowa. Przypominam sobie pewną sytuację obrazującą ówczesne ryzyko polityczne współpracy naukowej - obejmującej zarówno wschód jak i zachód kontynentu.       
     
Szwedzki językoznawca prof. Knut Olaf Falk (z lewej) podczas narady z dr-em Jerzym Antoniewiczem,
 kierownikiem Kompleksowej Ekspedycji Jaćwieskiej (Szwajcaria lata 60-te).

     Pamiętam jak przed jednym z seminariów w latach sześćdziesiątych witaliśmy w Warszawie na Dworcu Gdańskim przybyłą z Moskwy delegację radziecką (Moskwa była zawsze dla „radzieckich” punktem zbornym, choć Bałtom  i Białorusinom nie było z tym po drodze). Moją rolą była pomoc w ładowaniu ich bagażu na wózek. Wtedy to, naukowiec z Białorusi p. dr Bućko szczególnie gorąco „obcałowywał” mego Ojca na powitanie. Po to, aby mu szepnąć na ucho by nie pozwalał na publikowanie w „Acta Baltico-Slavica” prac naukowców emigracyjnych („Acta” były międzynarodowym czasopismem powołanym do życia i prowadzonym przez mego Tatę, poświęconym stosunkom słowiańsko-bałtyjskim). Z pewnością nie uczynił tego spontanicznie !. Jednak Tata emigracyjne artykuły nadal drukował gdyż sens i ranga czasopisma zależna była od swobodnej wymiany myśli naukowej. Wbrew dzisiejszym obiegowym opiniom nie spotykały go z tego powodu sankcje administracyjne.

Offline Przemysław Antoniewicz

  • Forumowicz
  • *
  • Wiadomości: 14
  • Płeć: Mężczyzna
Wszędzie (tak jak dziś !) – była polityka (4/13)
« Odpowiedź #3 dnia: 25 Lut, 2012, 14:34:56 »
4.   Wszędzie (tak jak dziś !) – była polityka

      Pamiętam, jak Rodzice rozmawiali o tym, że Ojcu jest  trudniej działać w przestrzeni publicznej niż kilku jego kolegom należącym do partii. Oni, z racji swej przynależności organizacyjnej byli dla władz bardziej godni zaufania. Nie zmienia to mej oceny, że Ojciec choć bezpartyjny, potrafił na ogół znaleźć wspólny język z władzami, umożliwiając tym samym realizację zamierzonych przez siebie projektów. Jednym z najważniejszych jego projektów była międzynarodowa Kompleksowa Ekspedycja Jaćwieska.

      Dlatego, gdy przypominam sobie sytuacje podobne do tej na Dworcu Gdańskim, to mimo świadomości ideologicznych ograniczeń tamtych czasów, dochodzę do wniosku, że przykład działalności organizatorskiej Ojca wskazuje na to, że możliwe było wówczas - jeśli się tego bardzo chciało - rozwijanie nauki wg własnych, a niekoniecznie radzieckich, wzorców. Oczywiście wzorców polskich, bo przecież wiele zamierzeń ustalał Ojciec w organizacyjnych ramach Ekspedycji lub Białostockiego Towarzystwa Naukowego, którego był animatorem. A więc na podstawie decyzji kolektywnych i oficjalnych. Sądzę, że możliwe było także omijanie politycznych raf „radzieckich wskazówek” - przynajmniej w pewnych segmentach dyscyplin humanistycznych. Sądzę, że oddanie świadectwa prawdzie, szczególnie dzisiaj, gdy o PRL oprócz rzeczy prawdziwych wypisuje się różne stereotypy jednostronnie generalizujące i krzywdzące często nieżyjących już ludzi, jest kwestią przyzwoitości !. Pamiętam na przykład, że Tata, na wątpliwości władz partyjnych dotyczących projektów nowych periodyków oraz ich nadto międzynarodowego charakteru (chodziło o udział zachodnich autorów w Acta Baltico-Slavica) tłumaczył, że nowe czasopismo dzięki obecności autorów ze Wschodu i Zachodu, stanowić będzie przeciwwagę wobec wielu podobnych, poświęconych problematyce Bałtyjskiem, wydawnictw niemieckich - o rewizjonistycznym podtekście. I to ucinało dyskusję, gdyż argument ten był trafny. Lepiej było dla interesów państwowych kraju, który wciąż jeszcze lizał wojenne rany i krzepł po przesunięciu granic, by emigranci (polityczni) publikowali swe rozprawy naukowe w czasopiśmie polskim, niż gdyby mieli to czynić w wydawnictwach niemieckich !. Sytuacja międzynarodowa państwa polskiego była już wprawdzie ustabilizowana, ale jeszcze nie stabilna. Przypomnieć wypada, że aż do końca lat sześćdziesiątych Polska miała traktat uznający jej granicę na Odrze-Nysie tylko z jednym państwem niemieckim tj. z NRD. Traktat z RFN z grudnia 1970 r., słynne przyklęknięcie Willi Brandta (bardziej odnoszące się do holocaustu niż niemieckiej okupacji Polski), poprzedzone oświadczeniami kościołów obu krajów, nie mówiąc o porozumieniu z Niemcami, wszystko to było wówczas jeszcze melodią przyszłości.

      Ale, aby ideę powołania czasopisma „Acta Baltico-Slavica” w ówczesnym kontekście historycznym skutecznie przeforsować, trzeba było stworzyć jego wizję, dysponować przekonywującymi argumentami, nie lękać się ich głosić i potrafić zarazić swym entuzjazmem decydentów. Ojciec wszystkie te atuty posiadał i dlatego to on, a nie kto inny, w decydujący sposób przyczynił się do  założenia czasopisma, które potem przez prawie 10 lat prowadził. A gdy, w 1970 roku nagle Go zabrakło, „Acta” po trzech latach przeniesiono z Białegostoku i …zmieniono ich dotychczasowy profil. ²


² o zmianie charakteru „Acta Baltico-Slavica” po zaprzestaniu jego wydawania w Białymstoku i tego przyczynach wspomina białostocki historyk Henryk Majecki w swoim referacie p. t. „Białostocki okres w historii czasopisma Acta Baltico-Slavica, 1964-1973”  wygłoszonym na konferencji Archiwum Państwowego w Białymstoku (22-27.09.2002)
« Ostatnia zmiana: 26 Lut, 2012, 13:18:31 wysłana przez noka »

Offline Przemysław Antoniewicz

  • Forumowicz
  • *
  • Wiadomości: 14
  • Płeć: Mężczyzna
Nie byłoby wydawnictw bez badaczy (5/13)
« Odpowiedź #4 dnia: 26 Lut, 2012, 13:19:44 »
5.   Nie byłoby wydawnictw bez badaczy
                   
      Współpracujący z Ekspedycją naukowcy swoimi badaniami wnosili, każdy w swojej dziedzinie, nowe ustalenia do przeszłości regionu, które razem wzięte rozszerzały i precyzowały sposób widzenia historycznego rozwoju tych ziem. Wyniki swych badań publikowali w wydawnictwach ciągłych lub jednorazowych, zainicjowanych bądź rozwiniętych przez mego Ojca takich jak „Rocznik Olsztyński”, wspomniane „Acta Baltico-Slavica”, „Rocznik Białostocki”, seria „Materiałów do dziejów…(Suwalszczyzny, Sejnejszczyzny, Pojezierza Augustowskiego)”. Oczywiście ich praca nie sprowadzała się tylko do sezonu ekspedycyjnego. Szwajcaria była raczej miejscem, w którym chętnie spotykali się latem dla odpoczynku i wymiany poglądów naukowych. W Szwajcarii bywali: historycy, prof. Stanisław Herbst (historyk wojskowości), z żoną Ireną i córką Marią (wielokrotnie), dr Jerzy Wiśniewski, autor wielu publikacji o znanych rodach regionu (często) prof. Jadwiga Karwasińska (mediewista), prof. Aleksander Gieysztor, dr Wasilij Mieleszko, historyk z Mińska (z polską maturą złożoną przed wojną w Słonimie), prof. Kazimierz Ślaski (badacz Pomorza), archeolodzy, prof. Marija Gimbutas (kiedyś z Kowna, później z Harvardu), prof. Aleksander Kamiński (autor „Kamieni na szaniec”), młodsi koledzy Ojca, dr Jan Jaskanis, Marian Kaczyński, Jerzy Okulicz, prowadzący badania na innych stanowiskach Suwalszczyzny.  Bywali językoznawcy prof. Jan Safarewicz (UJ), prof. Eugeniusz Sawrymowicz (polonista UW), językoznawca dr Jerzy Nalepa (z Lund) w ramach ekspedycji szwedzkiej, antropolog prof. Tadeusz Dzierżykray-Rogalski (był członkiem ekspedycji). Do Szwajcarii przyjeżdżała także p. Aleksandra Bergman (ówczesnego tytułu naukowego nie pamiętam), której artykuły o ruchu rewolucyjnym na Podlasiu umieszczane były dla równowagi w „Roczniku Białostockim”. Mówiono, że choć należała do Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi, to po wojnie zdecydowała się jednak na repatriację do PRL.

     Szwajcarię odwiedził także Paweł Jasienica, lituanistka p. dr Tamara Buch, prof. Witold Doroszewski, przyjeżdżali do niej etnograf (ówczesny) magister etnografii Marian Pokropek oraz językoznawca p. Tadeusz Zdancewicz i inni, których nazwisk nie pamiętam. Wielu z nich, wtedy początkujący naukowcy, dziś profesorowie uniwersytetów, niektórzy emerytowani. Przyjeżdżały także panie redaktorki z PWN p. p. Czamarska i Kłobukowska z rodzinami. Dzięki ich pomocy łatwiej było umieszczać poszczególne pozycje „jaćwieskie” w planie wydawniczym tej zasłużonej dla nauki polskiej oficyny.

Offline Przemysław Antoniewicz

  • Forumowicz
  • *
  • Wiadomości: 14
  • Płeć: Mężczyzna
Życie codzienne Ekspedycji (6/13)
« Odpowiedź #5 dnia: 26 Lut, 2012, 13:31:52 »
6.   Życie codzienne Ekspedycji

      Centrum Kompleksowej Ekspedycji Jaćwieskiej stanowiło wspomniane już wywyższenie ponad domostwem naszych gospodarzy Sokołowskich i drogą polną prowadzącą przez las do Prudziszek, gdzie dzisiaj znajduje się „wioska bałtyjska” wykorzystywana podczas festynów archeologicznych. To tutaj postawiono najpierw barakowóz i barak na kuchnię, do którego dobudowano jadalnię. Na skraju skarpy, wkopane były dwa maszty służące do wywieszania flag polskiej i szwedzkiej.² To było miejsce, w którym skupiało się życie zawodowe, towarzyskie, a nawet kulturalne (n. p. urządzane były niewielkie przedstawienia teatralne). Tutaj studenci grali w siatkówkę, słuchano radia (w niedzielę „Rewii piosenek” Lucjana Kydryńskiego). Członkowie ekspedycji archeologicznej, to jest rysowniczka p. Wiesława Gawrysiak z Państwowego Muzeum Archeologicznego w Warszawie, w którym pracował również mój Ojciec oraz studenci-praktykanci mieszkali głównie we wspomnianym już barakowozie,  opatrzonym do dzisiaj istniejącą tablicą informującą, że jest to „Hotel pod Sitotutamem” (autorką napisu była p. Gawrysiak).


Barakowóz nazwany "hotelem pod Sitotutamem", w którym mieszkali studenci,  od lewej: student X (nazwiska nie pamiętam), kolejny to s. Wiesław Pakuła, siostra autora wspomnień Anna, p. Karol,  wuj autora Andrzej Lober (obaj wozili na motorach zaopatrzenie), Barbara Antoniewiczowa, żona dr-a Jerzego Antoniewicza  oraz autor wspomnień  (ok.1960 roku).


      Gdy studentów było więcej, wynajmowano dla nich kwatery w sąsiadującym przez las Jasionowie Nowym. Takich sytuacji Ojciec nie lubił, gdyż obawiał się, że większa odległość od centrum ekspedycyjnego sprzyjać będzie nadużywaniu przez studentów piwa, a może i wina „patykiem pisanego”. Tak więc, w Jasionowie kwaterowali głównie w czerwcu Szwedzi z ekipy profesora Falka, a w miesiącach wakacyjnych wypoczywający tu, współpracujący z Ojcem naukowcy różnych dziedzin wraz z rodzinami - samą swoją obecnością zaświadczający, że pojęcie kompleksowej ekspedycji znacznie wykraczało poza jej formalne rozumienie.

      Z całym naciskiem podkreślam to charakterystyczne połączenie prywatnego, rodzinnego wypoczynku letniego (każdy z gości płacił prywatnie za swój pobyt) z działalnością naukową, będącą rodzajem przeprowadzanego co roku przez grono przyjaciół, w wiejskim otoczeniu, wielodniowego letniego seminarium w zmiennym składzie, bez oficjalnego programu i przymusu uczestnictwa. Takie połączenie formalnej ekspedycji z jej nieformalnym otoczeniem naukowo-prywatnym nikogo wówczas nie gorszyło. Nie miało ono nic wspólnego z kumoterstwem, przynosiło znakomite wyniki naukowe, a przecież  tak daleko odbiegało od tego, co dziś uznawane jest za „przejrzyste”, a tym samym za poprawne. Używając współczesnych określeń było to takie partnerstwo publiczno-prywatne, tyle tylko, że efektywne naukowo, niedrogie dla obu jego stron, a w dodatku sympatyczne. Nie miałbym nic przeciwko temu, aby podobne zasady mogły obowiązywać w naszym kraju we współczesnym czasie.
« Ostatnia zmiana: 27 Lut, 2012, 17:57:06 wysłana przez noka »

Offline Przemysław Antoniewicz

  • Forumowicz
  • *
  • Wiadomości: 14
  • Płeć: Mężczyzna
Stołówka ekspedycyjna – miejsce naukowych dyskusji (7/13)
« Odpowiedź #6 dnia: 27 Lut, 2012, 18:03:52 »
7.   Stołówka ekspedycyjna – miejsce naukowych dyskusji

      Wszyscy - archeolodzy, studenci, naukowcy innych specjalności, ich rodziny spotykali się w ekspedycyjnej stołówce, której jadalnia na oszklonej ze wszystkich stron werandzie służyła nie tylko spożywaniu posiłków. Była także miejscem omawiania zadań archeologicznych ze studentami, a kiedy obfite deszcze uniemożliwiały prace wykopaliskowe, stanowiła miejsce przeprowadzania egzaminów kończących praktyki. Tutaj też Tata omawiał z kolegami naukowcami odpoczywającymi przy ekspedycji plany nowych wydawnictw poświęconych archeologii i historii ziemi suwalsko-augustowskiej, które sam inicjował, a później realizował już w Warszawie i Białymstoku - walcząc o odpowiednie zgody, środki finansowe,  przydziały papieru, moce przerobowe drukarni. Tutaj odbywały się wielodyscyplinarne dyskusje na temat przeszłości tych ziem - od czasów Jaćwingów po XX wiek.


Stołówka ekspedycyjna była nie  tylko miejscem spożywania posiłków. Służyła także pracy. Na zdjęciu dr Jerzy Antoniewicz przy pracy (pisaniu listów w sprawach naukowych). Nie było telefonów - najbliższy u dróżnika w Żubrynie. Za to poczta kursowała o wiele szybciej niż dzisiaj. Expresy przywoził motocyklista.

 
      Dziś oceniam, że prowadziły one do powstawania idei nowych publikacji, które później po powrocie Warszawy często „wymuszane” były przez mego Ojca na autorach w kraju i zagranicą  listownie i telefonicznie.  Stawały się one częściami kolejnych tomów „Rocznika Białostockiego”, „Acta Baltico-Slavica”, „Materiałów do dziejów Sejneńszczyzny”, czy Suwalszczyzny, których inicjatorem, organizatorem, a jednocześnie wieloletnim sekretarzem redakcji był tenże sam  dr Jerzy Antoniewicz. Można by się zapytać jak to było możliwe, że jeden człowiek potrafił ukierunkować działalność tak wielu ludzi we wspólnym kierunku, precyzując jeszcze nie ukształtowane pomysły i przeistaczać je w projekty i programy naukowe ?. Nie jest łatwo odpowiedzieć na tak prosto postawione pytanie, nawet, gdy było się świadkiem, choć małoletnim, tych wysiłków. Jednak jestem przekonany, że źródłem sukcesu Ojca (i Kompleksowej Ekspedycji) była jego niesamowita energia, szerokie horyzonty, wiara w trwanie pozostałości wspólnej pojagiellońskiej przestrzeni kulturowej w ESW, a jednocześnie w potrzebę pozytywistycznej pracy, entuzjazm zarażający innych, zdolność przekonywania do swych pomysłów, niewątpliwe talenty organizacyjne oraz… raczkująca jeszcze biurokracja, która nie była jeszcze w stanie skutecznie niweczyć wysiłek ludzki. W warunkach dzisiejszej biurokracji, realizacja podobnego programu badawczego i edytorskiego nie byłaby możliwa przy porównywalnej liczbie pracujących przy nim osób i przy podobnie niskich kosztach. Co do tego, jako urzędnik państwowy z długim stażem, jestem dziwnie pewien.

Offline Przemysław Antoniewicz

  • Forumowicz
  • *
  • Wiadomości: 14
  • Płeć: Mężczyzna
Wykopaliska w Szwajcarii – w oczach dzieci (8/13)
« Odpowiedź #7 dnia: 27 Lut, 2012, 18:05:38 »
8.   Wykopaliska w Szwajcarii – w oczach dzieci
     
     Dla nas dzieci, najciekawszymi opowieściami wysłuchanymi na werandzie ekspedycyjnego baraku były zaczerpnięte z archiwów opowieści doktora Jerzego Wiśniewskiego, którymi po kolacji sypał jak z rękawa. Jedna z nich dotyczyła żony, którą mąż postanowił pozbawić życia podkładając pod jej łoże beczułkę z prochem. Wybuch zamiast zabić kobietę, wyrzucił ją wraz z niezwykle solidnym łożem do ogrodu, co zostało następnie zapisane w kronikach. Historia kryminalna tyle, że z XVII wieku !. Pamiętam jak mówiło się wtedy, że doktor Wiśniewski, w przeciwieństwie do innych - jako dość ostentacyjnie praktykujący katolik, miał ułatwiony dostęp do archiwów kościelnych, z których czerpał wiele z opowiadanych względnie publikowanych później przez siebie informacji.

      Dziecinne przysłuchiwanie się tym dyskusjom, zaszczepiło we mnie przywiązanie do terenów Suwalszczyzny, jej historii i mieszkańców, tradycji kulturalnych, w tym również do suwalskiej gwary, którą szybko opanowałem. Była ona wówczas podstawowym narzędziem komunikacji wsi suwalskiej, jedynie nieliczni (np. nauczyciele) posługiwali się na co dzień językiem literackim. Jak różniła się percepcja języka literackiego na wsi i w mieście niech pokaże próbka dialogu zasłyszana (lata sześćdziesiąte) w sklepie spożywczym na Kościuszki róg Chłodnej. Oto ona: „Drozdzy jest ?” pyta starsza wiejska kobieta. „Są” odpowiada sprzedawczyni. „Pani, drozdzy jest ?”, dopytuje się kobieta. Są, ponownie informuje sprzedawczyni. Sytuacja się powtarza i sklepowa dla spokoju odpowiada „jest drozdzy, jest”. I dopiero taka odpowiedź uspakaja pytającą. 
 
      Posiłki dla naukowców i ich rodzin przygotowywane były w baraku ekspedycyjnym na kuchni węglowej (o butlach gazowych nikt nie słyszał) przez pochodzącą z Grodna Panią Helenę Neisser, wdowę po podoficerze WP, naszą wspaniałą, niezawodową kucharkę, a równocześnie babcię mego równolatka i przyjaciela z Suwałk Krzysia Trzecieckiego, z którym wspólnie spędzaliśmy kolejne ekspedycyjne lata, a z którym i dziś widujemy się co roku na Suwalszczyźnie.
 
       Okolice kuchni stanowiły centrum ekspedycji, w którym krzyżowały się drogi wszystkich jej uczestników. A najsympatyczniejszym miejscem do krótkiego odpoczynku w ciągu dnia były prowadzące do kuchni schodki i położony vis a vis niej płot z bali wbitych w ziemię i poziomo zawieszonych na nich na drutach żerdziach. Młodzież chętnie na nich przesiadała, przekomarzając się między sobą. Zaś Pani Helena z wnętrza kuchni z  humorem rzucała jak z rękawa dykteryjkami typu Szwejkowskiego - z życia przedwojennych sfer wojskowych, pasującymi jak ulał do powstałej w danym momencie sytuacji. Gdy chętnych do wysłuchiwania dykteryjek było zbyt wielu, a płot zbyt obciążony, żerdzie zrywały się i towarzystwo lądowało w zbożu. Było to sygnałem do zbierania się, każdy do swojej pracy.

      Pani Helena gotowała z poczuciem misji, jakim było nakarmienie wiecznie głodnej młodzieży studenckiej oraz polskich i odwiedzających ekspedycję zagranicznych naukowców. Młodzież otrzymywała porcje większe nazywane murarsko-hutniczymi. I większe desery. To dzięki niej warszawiacy poznawali smak kartaczy, o których walorach decydował również (odmienny od dzisiejszych) gatunek ówczesnych ziemniaków, a także dodawany w odpowiedniej ilości majeranek. Podobnie wyśmienita była babka kartoflana okładana z zewnątrz słoninką. Zapewne swoje znaczenie miały również grodzieńskie tajemnice receptury. Mam wrażenie, że dzisiaj nawet w najlepszych gospodarstwach agroturystycznych trudno się natknąć na tak doskonałych przedstawicieli tego ziemniaczanego menu. Jeśli zaś chodzi o tradycyjne polski flaki, to nawet Szwedzi przekonali się do nich, jako do zupełnie nie znanej im wcześniej potrawy, którą początkowo traktowali z wielką podejrzliwością. Pamiętam, że smak flaków podkreślały dodawane do nich bardzo pikantne kuleczki z mieszaniny łoju wołowego i kaszy. Były wspaniałe pod warunkiem wysokiej temperatury serwowania. Jadłem potem różne flaki, ale żadne nie smakowały mi tak jak tamte.
      Po latach wspominaliśmy także niedzielne ptysie z bitą śmietaną. O smaku śmietany decydowało być może mleko kupowane od rolników. O większej, niż dzisiaj zawartości tłuszczu, od tutejszych czerwonych krów rasy polskiej – poprzedniczek późniejszych biało-czarnych holenderek. Z powody tych ptysi z bitą śmietaną moja Mama ratowała w nocy z ataków wątrobowych enerdowskiego naukowca. Był przyzwyczajony w swoim kraju, który wówczas zmagał się z kolektywizacją do różnych postnych ersatzów i nie sprostał kaloryczności suwalskich nabiałów.
     Na deser pojawiały się często świeże poziomki, jagody lub maliny, które zamawiane były u dzieci z „drużyny Jabłońszczaków”, z gospodarstwa przy szosie.

« Ostatnia zmiana: 28 Lut, 2012, 16:28:33 wysłana przez noka »

Offline Przemysław Antoniewicz

  • Forumowicz
  • *
  • Wiadomości: 14
  • Płeć: Mężczyzna
„Luksusowe” odżywianie jako podejrzana działalność (9/13)
« Odpowiedź #8 dnia: 28 Lut, 2012, 16:33:48 »
9.   „Luksusowe” odżywianie jako podejrzana działalność

      Posiłki podawane były cztery razy dziennie: o 7 rano śniadanie dla archeologów przed wyjściem na wykopaliska, później dla pozostałych, o 11 drugie śniadanie też dla członków ekspedycji, o 15 obiad o 18 kolacja. Pani Helena rozpoczynała pracę o 6 rano, opuszczała kuchnię ok. godziny 20. Oczywiście miała do pomocy kolejne dziewczyny, które bardzo garnęły się do tego zajęcia, tak atrakcyjne było obcowanie z warszawiakami, a i bywało, że i ze Szwedami. Posiłki kalkulowane były i rozliczane przez moją Mamę, Barbarę Antoniewicz, która również zajmowała się (nieodpłatnie) organizowaniem zaopatrzeniem.



Ojciec autora Jerzy Antoniewicz z żoną Barbarą w Szwajcarii. Barbara Antoniewicz zajmowała się buchalterią i zaopatrzeniem stołówki. Poza sezonem wykopaliskowym pomagała Ojcu przy opracowaniu wydawnictw - sporządzała skorowidze alfabetyczne spełniające funkcje dzisiejszych wyszukiwarek.


     Mięso kupowane było od rolników w jatkach na rynku w Suwałkach, jajka w tuczarni drobiu ponad szpitalem na Kościuszki. Najtrudniej było z jarzynami, których poza marchwią, burakami i kapustą tutaj nie uprawiano, dojrzewały one w tutejszych trudniejszych warunkach później. Dodatkowym kłopotem było to, że rolnicy nie chcieli sprzedawać jarzyn póki nie wyrosły do normalnych rozmiarów (pojęcie nowalijek było tu zupełnie obce). Wiktuały dowożone były z Suwałk motocyklami. W tym celu zapraszani przez moich Rodziców na wakacje przyjeżdżali motocyklami do Szwajcarii mój wujek Andrzej Lober i jego koledzy z klubu motorowego panowie Łukasz i Karol. Gdy było bardzo dużo osób, motocykle zastępowane były raz w tygodniu transportem jednej z dwóch suwalskich taksówek. Pamiętam, że stawka dzienna wyżywienia nie przekraczała na ogół 25 zł, co biorąc pod uwagę ówczesne zarobki nie było sumą wygórowaną.

      Nie mogę tu nie wspomnieć ciekawostki – charakterystycznej dla ówczesnej obyczajowości aparatu władzy, mianowicie „kulinarnej” oceny ekspedycji, pochodzącej z suwalskiej komendy powiatowej Milicji Obywatelskiej. Któregoś dnia przywiózł ją z magistratu w Suwałkach mój Tata. Wyglądało to tak, że milicjant wysłany z Suwałk w celu dyskretnego rozpoznania, czy członkowie ekspedycji nie nadużywają alkoholu, sporządził po wywiadzie środowiskowym wśród miejscowych mieszkańców notatkę służbową, w której stwierdził, że „ wprawdzie archeolodzy alkoholu pić nie piją, ale za to bardzo luksusowo się odżywiają”!.  Takie to były ówczesne zasady dbałości o moralność publiczną. Oraz oceniania ludzi w oparciu o wynikające jeszcze z powojennej nędzy ludowe wzorce wartościujące.

Offline Przemysław Antoniewicz

  • Forumowicz
  • *
  • Wiadomości: 14
  • Płeć: Mężczyzna
Promocja ponad wszystko (10/13)
« Odpowiedź #9 dnia: 28 Lut, 2012, 16:52:42 »
10.   Promocja ponad wszystko

       W ogóle, Ekspedycja Jaćwieska znajdowała się w centrum zainteresowania miejscowych mieszkańców, a także przyjezdnych letników. Nie było większej nobilitacji dla młodzieży z Prudziszek, Jasionowa, czy Osinek jak stanięcie do łopaty na wykopaliskach. Młodzież studencka bywała także atrakcyjnym gościem wiejskich zabaw.
 
      Trzeba także przyznać, że mój Tata, aby podnieść zainteresowanie wykopaliskami, dbał również o „oprawę promocyjną” kampanii ekspedycyjnej, choć określenie to nie było wówczas jeszcze znane. Na rozpoczęcie sezonów, gdy jeszcze obie ekipy pracowały w tym samym czasie, organizowane były uroczystości wciągnięcia na maszty flag Polski i Szwecji. Zapraszano na nie suwalskich notabli, tłumnie przybywała także miejscowa ludność. Częstym gościem na wykopaliskach był suwalski fotograf-dokumentalista p. Tadeusz Smagacz. Gdy odkryto grób „książęcy” wojownika z koniem i wyposażeniem wojennym, przybyła nawet kronika filmowa. 

Nad grobem książęcym (stoi dr J. Antoniewicz i kuzynka
J. Wąsowicz), oczyszczanie szkieletu i zabytków z piasku,
rysowanie zawartości grobu na papierze milimetrowym.
tarpan księcia


Wóz transmisyjny Polskiego Radia ("Lublin") w Szwajcarii po odkryciu grobu książęcego.



Wywiad dla p. redaktor Strączkowej z Polskiego Radia nt. naukowego znaczenia odkryć archeologicznych w Szwajcarii.


    Wydarzeniem było także odkopanie grobu rolnika wraz z wyposażeniem (radlica łopatkowa), który to pochówek dowodził, że Zachodni Bałtowie byli nie tylko wojownikami i myśliwymi, ale także gospodarowali na roli. Aby ułatwić dotarcie do cmentarzyska rozmieszczano co roku, poczynając od zjazdu z szosy, drogowskazy prowadzące „do wykopalisk”, czyli terenu badań oraz do „ekspedycji”, a więc baraków ekspedycyjnych. Przenosiłem i wkopywałem/wykopywałem je razem z Ojcem osobiście dwa razy w sezonie, na rozpoczęcie i zakończenie prac. Szkoda, że takich drogowskazów nie ma dzisiaj, nie mówiąc już o tablicy informacyjnej na cmentarzysku, której brakowało od dobrych kilku (prawie 10 lat) - od czasu kiedy rozpadła się stara. Ustawiono ją dopiero w lecie 2011 roku – w wyniku licznych interwencji.  Również baraki  ekspedycyjne, niegdyś odmalowywane co kilka lat na zielono olejną farbą, nie widziały stolarza i pędzla chyba od czasu zamknięcia ekspedycji, to jest od lat czterdziestu. Pomimo - że na miejscu odbywają się już tradycyjnie doroczne pikniki archeologiczne. Za parę lat rozpadną się zupełnie.

      Nie mogłem tego pojąć, jak Suwalszczyzna, region budujący swój wizerunek turystyczny na Jaćwingach i Bałtach Zachodnich mógł zapominać o tak elementarnej rzeczy jak proste tablice informacyjne w miejscu, w którym rozpoczęła swą historię powojenna, nowocześnie praktykowana archeologia regionalna. Jedyne co ostało się do lata 2011, to tabliczka informująca, że cmentarzysko jest rezerwatem, co zresztą też (wpisanie na listę rezerwatów) nastąpiło w wyniku zabiegów mego Ojca. Sam, wielokrotnie w ciągu ostatnich lat, byłem świadkiem bezradnego poszukiwania przez turystów śladów jakiejkolwiek informacji n. t. cmentarzyska. Trudno zrozumieć, że działo się to w mieście szczycącym się Muzeum Regionalnym, a w nim działem archeologicznym. Najważniejsze jednak, że po latach tablica nareszcie stanęła i wszyscy odwiedzający mogą sami stwierdzić, że trafili na miejsce, którego szukali.
      Po wyremontowaniu Muzeum przydałaby się w nim także ekspozycja archeologiczna zaaranżowana według współczesnych wzorców, bo ta do niedawna pokazywana (w „starym” Muzeum), opracowana ponad trzydzieści lat temu, pachniała nieco „myszką” (np. opisana była „drukiem” ręcznym), ale nawet jednym słowem nie wspomniała, kto zorganizował Kompleksową Ekspedycję i rozpoczął na Suwalszczyźnie powojenne badania archeologiczne.

« Ostatnia zmiana: 29 Lut, 2012, 17:48:35 wysłana przez noka »

Offline Przemysław Antoniewicz

  • Forumowicz
  • *
  • Wiadomości: 14
  • Płeć: Mężczyzna
Międzynarodowa kariera Kompleksowej Ekspedycji Jaćwieskiej (11/13)
« Odpowiedź #10 dnia: 29 Lut, 2012, 17:51:16 »
11.   Międzynarodowa kariera Kompleksowej Ekspedycji Jaćwieskiej

       Szwajcaria, jako wykopaliska i siedziba Kompleksowej Ekspedycji Jaćwieskiej szybko stała się znana nie tylko w Suwałkach, Białymstoku i Warszawie. Jej międzynarodowa, w poststalinowskiej Polsce prekursorska rola, została dostrzeżona  nie tylko przez fachowców, ale także przez dyplomację szwedzką.
      Jak można przypuszczać, dopatrzyła się ona w Ekspedycji eksperymentalnego, dogodnego na tamte czasy modelu współpracy naukowej państw „różnych systemów”, który można było wówczas praktycznie wypróbować. Tak robi się i dzisiaj w kontaktach z autorytarnymi państwami (przykład Białorusi), badając, jak daleko sięga gotowość do współpracy partnera. Myślę, że w popaździernikowym okresie elity polityczne obu stron, być może z różnymi intencjami, szukały nadających się do zagospodarowania wolnych pól współpracy dwustronnej.

      Oto w czasie jednego z pierwszych sezonów wykopaliskowych staliśmy się świadkami niecodziennego wydarzenia. Któregoś dnia, nagle, przy barakach ekspedycyjnych pojawił się milicyjny motocyklista na „Junaku” wyposażonym w radiostację, żądając szybkiego kontaktu z kierownikiem (ekspedycji), „obywatelem Antoniewiczem” !. Poinformował Ojca na boku, że zaobserwowano ambasadora Szwecji zmierzającego z Warszawy do Wyszkowa. Zapytał, czy o tej wizycie coś wiemy. Gdy zgodnie z prawdą otrzymał negatywną odpowiedź zniknął na jakiś czas, po czym pojawił się ponownie, meldując przejazd ambasadora przez Ostrów w kierunku na Łomżę. Wszystko było w tym momencie jasne, należało natychmiast przygotować się do wizyty na „najwyższym szczeblu”. Nie wiem, w jakiej formie Ojciec powiadomił prof. Falka o spodziewanej wizycie,  o której powziął wiadomość w tak nietypowy sposób. Nie mógł przecież otwarcie powiedzieć, że ambasadora wyjeżdżającego z Warszawy namierzył kontrwywiad. Faktem jest, że profesorowa Falkowa biegała do swojej kwatery po konserwy z duńską szynką, zaś Pani Helena z moją Mamą i paniami, które akurat były na miejscu, przygotowywały na tempo malutkie, eleganckie kanapki cocktailowe na powitanie gości.  Przebiegu wizyty zrelacjonować nie potrafię, ponieważ obserwowałem ją z pewnego dystansu, z łąki koło baraku ekspedycyjnego. Pamiętam natomiast, że pierwsza jej cześć odbywała się na werandzie, gdzie przy kanapkach Ojciec relacjonował przebieg wykopalisk, zaś prof. Falk swoje badania językoznawcze. Potem zaś wszyscy udali się na teren wykopalisk by powrócić na obiad, po spożyciu którego ambasador udał się z powrotem do Warszawy. Od tego czasu Tata był zapraszany na cocktaile do Ambasady Szwedzkiej.
 
      Gdy dziś, z perspektywy pięćdziesięciu laty od opisywanych wydarzeń przywołuję ówczesne obrazy widziane oczyma dziecka, dochodzę do wniosku, że współpraca pomiędzy częścią szwedzką i polską nie zawsze przebiegała bezproblemowa. Zgłaszano uwagi, że Szwedzi mało drukują w polskich periodykach, a przecież publikacje wyników badań uwiarygodniały współpracę wobec ówczesnych władz polskich. Zapamiętałem obraz Ojca i Falka przechadzających się wielokrotnie od baraku do lasu i z powrotem, poważnie nad czymś dyskutujących. Pamiętam też przykrości jakich spodziewał się Tata, gdy Szwedzi oświadczyli, że zgubili pożyczoną od niego mapę sztabową, którą sam wcześniej wypożyczył „na siebie” w Urzędzie Powiatowym, aby ułatwić gościom orientację w terenie ich badań. Trzeba pamiętać, że mapy sztabowe traktowane były wówczas jak dzisiaj dokumenty niejawne, a ich utrata wiązała się z konsekwencjami, często pozaprawnymi. Były pewnie i inne techniczne powody (np. pojemność kwater w okolicy), ale faktem jest, że Szwedzi zaczęli przyjeżdżać nie w lipcu, tak jak my wszyscy, lecz miesiąc wcześniej, w czerwcu. W efekcie obie ekspedycje zaczęły się niejako mijać.       

Offline Przemysław Antoniewicz

  • Forumowicz
  • *
  • Wiadomości: 14
  • Płeć: Mężczyzna
Miejsce na wspólną rozrywkę (12/13)
« Odpowiedź #11 dnia: 29 Lut, 2012, 17:53:05 »
12. Miejsce na wspólną rozrywkę

      Do rytuału programu rozrywkowego życia ekspedycyjnego należało organizowanie jednej do dwóch wycieczek krajoznawczych w sezonie. Na ogół celami były Szurpiły, Cisowa Góra w Gulbieniszkach, Smolniki, czy Stary Folwark (połączony z opłynięciem Wigier statkiem „Perkoz”), Sejny, Augustów. Dziś ktoś może wzruszyć ramionami nad mało ambitnymi celami wycieczkowymi. Ale pod koniec lat pięćdziesiątych planowanie wycieczek wymagało prawidłowej oceny możliwości komunikacyjnych i czasowych. Autobusy jeździły tylko po głównych trasach takich jak Suwałki-Szypliszki, Suwałki-Augustów, Suwałki-Sejny i to w liczbie 2-3 kursów dziennie. Wyjazd nad Wigry wymagał dojechania do Suwałk, złapania przesiadki do Starego Folwarku. Lub przynajmniej na kurs sejneński, w tym wypadku z dalszym dojściem na własnych nogach do St. Folwarku (choć autobusy bywały przepełnione, na ogół zabierały wszystkich). Następie wykupienia rejsu (nowy zgrabny stateczek m/s „Perkoz” pływał od pierwszych lat 60-tych ze Starego Folwarku przez klasztor, który w czasie postoju można było szybko obejrzeć, do Zatoki Słupiańskiej, z czterdziestominutową przerwą na obiad i kąpiel w tamtejszym ośrodku Funduszu Wczasów Pracowniczych) do Gawrych Rudy i z powrotem do Starego Folwarku. A stamtąd na powrót przez Suwałki do Szwajcarii. Taki pół dniowy rejs stanowił interesujące przeżycie, ponieważ umożliwiał poznanie  dużej części Wigier i jego pięknych zakątków (kapitan statku przez megafon omawiał mijane miejsca i ciekawostki przyrodnicze) jakim niewątpliwie była piaszczysta Zatoka Słupińska z jej płytkimi nagrzanymi słońcem wodami i Gawrych Rudy z jej stacją zarybiania jezior. Pamiętam, że w rejsie uczestniczyła przebywająca u nas z wizytą w Szwajcarii córka wywodzącego się z Suwałk działacza emigracyjnego, ostatniego premiera rządu na wychodźstwie Edwarda Szczepanika wraz ze swą babcią - teściową przyszłego emigracyjnego premiera, Haliną Janikowską, z domu Prewysz-Kwinto, spowinowaconą z rodziną mej Mamy.
 
       Przed oczyma mam także wyprawę (z końca lat pięćdziesiątych) na atrakcje nocy świętojańskiej do Augustowa - całą polsko-szwedzką obsadą ekspedycyjną wynajętym z PKS autobusem. Autobus „San” zabrał nas ze Szwajcarii dopiero pod wieczór, po wykonaniu ostatniego normalnego kursu liniowego. Na miejsce przybyliśmy przed zmrokiem w sam raz na rozpoczęcie parady jednostek pływających na jeziorze Necko. Brały w niej udział jednostki pasażerskie jeszcze starego przedwojennego typu (dziś byłyby atrakcją) z charakterystycznymi kanciastymi kadłubami i wysokimi kominami (pierwsze nowoczesne, wyglądające tak samo jak obecne, jednostki motorowe pojawiły się na początku lat sześćdziesiątych), holowniki, barki motorowe, szalupy okrętowe wyposażone w silniki spalinowe, wreszcie jachty kabinowe i zwykłe omegi. Było tego wszystkiego tak dużo, że zastanawiam się, czy dziś udałoby się stworzyć z większych jednostek podobnie okazałą flotyllę. I odpowiadam sam sobie negatywnie, przecież leśnictwa nie zawracają sobie dziś głowy spławianiem drewna jeziorami, czy kanałem Augustowskim, a developerzy ściąganiem żwiru barkami. Nie są więc potrzebne ani holowniki ani barki !. Wystarczą ciężarówki docierające w każdy ostęp leśny.
       Po defiladzie jednostek pływających, puszczaniu wianków, pokazach sztucznych ogni i kolacji na trawie przyszedł czas na powrót do Szwajcarii. W czasie tej wycieczki nagle źle się poczuł młody student szwedzki. Dostał wysokiej temperatury. W drodze powrotnej prawie nie można było nawiązać z nim kontaktu. Zatrzymaliśmy się na Kościuszki przy szpitalu prosząc dyżurnego lekarza o pomoc. Po kilku minutach następuje rozpoznanie: ostry atak ślepej kiszki. Falk podpisuje zgodę na operację. Tej samej nocy, w ostatniej chwili jest operowany. Nad łóżkiem studenta czuwa młoda pielęgniarka, panna Pelagia. W jakiś czas po wyjeździe studenta dostaje zaproszenie do Szwecji. Jedzie. Wszyscy postronni obserwatorzy  z niecierpliwością oczekują romantycznego zakończenia historii, które jednak nie następuje. Tak też bywa w życiu.

      Jeździliśmy także na wycieczki organizowane ad hoc np. do Szurpił, czy na Cisową Górę. Możliwe to było wówczas, gdy ktoś z gości miał auto. Jeździliśmy m.in. z prof. Dzierżykray-Rogalskim, najpierw jego przedwojenną DKW, potem poprzednikiem trabanta, enerdowskim P-70. Profesor miał dużą brązową terierkę Murzę, która pierwszy odcinek drogi przez las do Prudziszek, dla poprawy linii, musiała odbyć biegiem za samochodem. Za to dalej, po zakończonym biegu ciężko ziając, lądowała na moich kolanach, co oszczędzało miejsca dla innych pasażerów, a mnie (jako miłośnika psów) i samego psa, czyniło szczęśliwymi. Samochód na ogół zawracał po raz drugi i trzeci, aby wszystkich zawieźć na miejsce. Z Cisowej góry roztaczał się wspaniały widok na okolicę, gdyż sosny, które obecnie zakrywają szczyt, miano dopiero posadzić. Tutaj Tata prezentował krótki wykład na temat ukształtowania geologicznego tej części Suwalszczyzny.  Dla mnie, na ogół na tym wycieczka się kończyła, gdyż należało wykorzystać powrotny kurs auta po następnych pasażerów. Natomiast cześć dorosłych udawała się dalej do Wodziłek.
Jeździliśmy również do Szurpił na grodzisko jaćwieskie i do Smolników - dla tamtejszych widoków. Smolniki, choć nawet jako osada bardzo malownicze, w przeciwieństwie do Jeleniewa, w którym wiele budynków mieszkalnych i gospodarczych było już murowanych, były pobudowane w całości z drewna. Poza harcerzami, którzy biwakowali po prawej stronie szosy w lesie nad jeziorem, Smolniki nie były prawie odwiedzane przez letników. Letników można było natomiast spotkać w Becejłach. Na popularności Smolniki zyskały znacznie później, prawdziwe prosperity rozpoczęło się po ekranizacji „Pana Tadeusza” i „Doliny Issy”.

« Ostatnia zmiana: 01 Mar, 2012, 16:31:36 wysłana przez noka »

Offline Przemysław Antoniewicz

  • Forumowicz
  • *
  • Wiadomości: 14
  • Płeć: Mężczyzna
Zamiast epilogu (13/13)
« Odpowiedź #12 dnia: 01 Mar, 2012, 16:33:09 »
13.   Zamiast epilogu

      Suwalszczyzna, a szczególnie Szwajcaria i jej najbliższe okolice stały się dla mnie krajem szczęśliwości lat dziecinnych. Co roku czekałem na długie, dwumiesięczne, a nieraz i nieco dłuższe, wakacje. Tutaj poznawałem bujną, naturalną przyrodę, las, jego mieszkańców. Hodowałem i karmiłem surowym mięsem małego jastrzębia, który wypadł z gniazda. Opiekowałem się wychudzoną suką gospodarzy – Azą, która przybierała na wadze już po tygodniu od rozpoczęcia wykopalisk. Aza szybko stała się naszym ekspedycyjnym przyjacielem. Nocą, spuszczona z łańcucha pilnowała, by nikt obcy nie zbliżał się do chałupy gospodarzy i baraku naszej ekipy. Po każdym przyjeździe pierwsze kroki kierowałem ku jej budzie. Tutaj, włócząc się z mym przyjacielem Krzyśkiem pomiędzy Szwajcarią, Osinkami, Jasionowem, Suchodołami i Prudziszkami, poznałem wszystkie ścieżki w lesie, wśród pól i morenowych wzgórków. Nauczyłem się pływać w jeziorkach Zielonym i Czarnym w Osinkach. A także piłować i rąbać drzewo, grabić siano, ładować widłami i układać snopki zboża na wozie. Upychać na „wyskach” w stodole, aby zmieściło się więcej. Poznałem, co znaczy spieszyć się, by zdążyć przed burzą ze zwózką żyta z pola. Zobaczyłem, jak smakować może w skwarny dzień podczas prac na polu zimna kawa zbożowa marki „Turek”.
    Wszystkie te wiejskie czynności gospodarcze wydawały mi się bardziej ciekawe i atrakcyjne niż zawody wykonywane w mieście. A poprzez kontakt z otwartą przestrzenią i naturalną przyrodą dawały poczucie wolności, którego brakowało mi wśród wielkomiejskich murów. Przede wszystkim jednak poznałem ludzi, którzy na ogół byli bardziej prostolinijni i otwarci od mieszkańców dużych miast. Poznałem ich mowę, sposób myślenia, a także - za pośrednictwem doświadczeń przekazanych w ich opowieściach - najnowszą historię Polski i regionu. Suwalszczyzna była dla mnie rodzajem wyimaginowanych Kresów, których przecież nigdy nie widziałem, jakiejś małej Wileńszczyzny z jej różnorodnością kulturową. Inspiracją do dostrzegania różnorodności były także wspomnienia mojej Mamy, która spędzała wakacje szkolne na Wileńszczyźnie w majątku Kwintów w Lipniszkach pod Turmontem, kilka kilometrów od granicy łotewskiej. Tam zetknęła się z mieszaniną różnych tradycji kulturowych. Podobnej wielokulturowości doszukiwałem się w opowieściach tutejszych mieszkańców.
 
      Pracując później w charakterze attache prasowego w Kolonii i Wiedniu, starałem się zwracać uwagę swoim partnerom, u których rozpoznałem pogłębione zainteresowanie naszym krajem,  na bogactwo kulturowe i przyrodnicze Kresów i Suwalszczyzny. A także na wspólne dziedzictwo ziem dawnej Rzeczypospolitej, które - pomimo istnienia na tym miejscu kilku, często zantagonizowanych, państwowości - można dostrzec w różnych przejawach do dzisiaj. Na moją propozycję, do wydanego w 1993 roku w Niemczech albumu fotograficznego Janosa Kalmara „Polska – daleki sąsiad” (daleki w sensie mało wówczas znany), autor pojechał m.in. na Podlasie i Suwalszczyznę i wprowadził do niego zdjęcia m.in. z Sejn i Bohonik. 
Dziś, gdy patrzę jak zmieniają się, remontują stare Suwałki, jak powstają nowe porządne trasy wylotowe z  miasta, nowe ulice, naprawdę dobre asfalty, porządkowane są tereny zielone, a miasto oferuje coraz więcej wydarzeń kulturalnych, słowem - gdy widzę, że miasto ma dobrego gospodarza – to mogę stwierdzić, że serce rzeczywiście rośnie na widok tych pozytywnych zmian. A jednak żal tego wszystkiego, co związane z tutejszą tradycją, zwyczajami, wartościami, co nieuchwytnie, dzień po dniu, odchodzi w przeszłość. Najbardziej żal odejścia ludzi, z którymi dobrze nam się rozmawiało, których ceniliśmy, lecz z którymi nie zamienimy już ani słowa. To oni tworzyli niepowtarzalny tutejszy klimat. Na pocieszenie pozostają jednak dobrze znane krajobrazy, odkrywane na nowo przez kolejne generacje miłośników Suwalszczyzny.

Offline noka

  • Administrator
  • *****
  • Wiadomości: 5252
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: W cieniu „Sitotutama"
« Odpowiedź #13 dnia: 01 Mar, 2012, 16:41:01 »
Serdeczne dzięki za podzielenie się wspomnieniami i zdjęciami z naszego regionu, dla młodszego pokolenia to interesujące lekcja historii.  :spoko:

Spacerując dotychczas po ul. Antoniewicza, miałem bardzo mgliste pojecie o jej patronie, teraz natomiast będzie kojarzyła mi się z postacią Pana ojca przedstawioną na zdjęciach oraz opisaną Kompleksową Ekspedycją Jaćwieską.